Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Delafield. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Delafield. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 grudnia 2017

E. M. Delafield - Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 9


1 stycznia 1930.—Wydajemy własne przyjęcie dla dzieci. Bardzo, bardzo męczące przedsięwzięcie dodatkowo skomplikowane burzową pogodą, przez co połowa gości nie dotarła, na domiar złego byłam nękana obawą co do przybycia magika.

Postanawiam podać dzieciom herbatę w jadalni, a dorosłym w gabinecie i zwolnić bawialnię dla zabaw i pokazu magika. Pomniejsze meble z bawialni trafiły do mojej sypialni, gdzie bez przerwy na nie wpadam. Donice z cebulkami przeszkadzały wszystkim, więc zostały usunięte na gzymsy okienne, co Mademoiselle skomentowała: "Tiens! ça fait un drôle d'effet, ces malheureux petits brins de verdure!" Ten opis wcale mi się nie podoba.

Dzieci z najbliższej plebanii zjawiły się za wcześnie, więc zostały zaprowadzone do świecącej pustkami bawialni. Wejście Vicky w nowej odświętnej zielonej sukience z czterema balonami uratowało sytuację.

(Pod rozwagę: Jaki jest powód tego, że rodziny duchownych zawsze są niepunktualne, zjawiając się albo jako pierwsze, albo jako ostatnie na każde zgromadzenie, na które są proszone?)

Uderza mnie rozmaitość zachowań prezentowanych przez matki, niektóre są tak pomocne w organizacji zabaw i zgłaszaniu pomysłów, inne po prostu siedzą bezczynnie. (N.B. Gwoli dokładności muszę raczej powiedzieć „stoją bezczynnie”, bo krzeseł szybko zabrakło). Zawsze, gdy to możliwe, staram się wysyłać Robina i Vicky na przyjęcia samych, ponieważ dzieci bez rodziców są o wiele bardziej pożądane z punktu widzenia gospodarzy. Mam pewne trudności w powadzeniu zabawy „Jawor, jawor, jaworowi ludzie”, ponieważ usiłuję równocześnie udawać inteligentne zainteresowanie uwagami jednej z wizytujących matek na temat wystawy malarstwa włoskiego w Burlington House. Przyłapuję się na tym, że wyrażam nader pochlebne zdanie o obrazach, których tak naprawdę wcale nie widziałam. Zdaję sobie sprawę, że należy to jak najszybciej sprostować, jednak tego nie robię i nieuchronnie popadam w zupełnie niezamierzoną sieć kłamstw. Powinnam rozważyć, jak dalece jestem moralnie odpowiedzialna za taki stan rzeczy, ale nie mam czasu.

Herbata wypadła dobrze. Mademoiselle urzędowała w jadalni, ja w gabinecie. Robert i samotny starszy ojciec (bardziej podobny do dziadka) stali w drzwiach i rozmawiali o polowaniu i o ostatniej elekcji generalnej w przerwach między podawaniem herbaty.

Magik przybył późno, ale miał duże powodzenie u dzieci. Na koniec są prezenty wyjmowane z kosza z trocinami, z którego więcej trocin wysypało się na dywan, dziecięce ubrania i rozleciało się po całym domu, niż pierwotnie do niego nasypano. To dziwne, ale zauważyłam podobny fenomen wcześniej.

Goście rozchodzą się między siódmą a wpół do ósmej i Robin wypuszcza Helen Wills i psa, które były zamknięte ze względu na petardy, z czego nie były zadowolone.

Robert i ja spędziliśmy wieczór pomagając służącym przywrócić porządek i próbując przypomnieć sobie, do jakich bezpiecznych miejsc odstawiliśmy popielniczki, zegary, ozdoby i atrament.

3 stycznia.—Polowanie z psami w wiosce. Robert zgadza się zabrać Vicky na kucyku. idę z Robinem i Mademoiselle do urzędu pocztowego zobaczyć, jak wyrusza polowanie; Robin przez cały czas papla o Oliverze Twiscie, nie wspominając słowem o polowaniu od początku do końca, i patrzy na konie, psy i myśliwych z jednakową obojętnością. Jestem pod wrażeniem jego odporności na wpływy zewnętrzne, ale czuję, że za tym może kryć się głębokie Freudowskie znaczenie. Czuję także, że Robert miałby o tym zupełnie odmienne zdanie.

Pokaźna liczba spotkanych polujących sąsiadów mówi do Robina: „Nie jesteś konno?”, co brzmi naprawdę bezsensownie, i pyta mnie, czy ostatnio straciliśmy dużo drzew nie czekając na odpowiedź, ponieważ tak naprawdę chcą mówić o tym, ile drzew stracili oni sami.

Mademoiselle patrzy na psy myśliwskie i mówi: "Ah, ces bons chiens!"; podziwia także konie: "quelles bêtes superbes"—ale rozsądnie trzyma się z dala od pierwszych i drugich, w czym idę za jej przykładem.

Vicky wygląda ślicznie na kucyku więc jako matka otrzymuję komplementy, które przyjmuję lekko z odcieniem niedowierzania, żeby pokazać, że jestem nowoczesna i nie robię zbytniego zamieszania wokół dzieci.

Polowanie wyrusza, Mademoiselle zauważa: "Voilà bien le sport anglais!", Robin mówi: "Czy możemy już iść do domu?" i je czekoladę. Wracamy do domu; piszę zamówienie do domów towarowych, kartkę do masarza, dwa listy w sprawach Instytutu kobiecego, jeden list w sprawie harcerek, notkę do dentysty z prośbą o umówienie na wizytę w przyszłym tygodniu oraz robię notatkę w terminarzu, że muszę złożyć wizytę pani Somers w Grange.

Jestem przerażona i nie mogę uwierzyć, że to wszystko zajęło mi cały poranek.

Robert i Vicky wracają późno, Vicky jest oblepiona błotem od stóp do głów, ale poza tym w zupełnym porządku. Mademoiselle zabiera ją i więcej nie mówi o le sport anglais.


4 stycznia.—Piękny dzień, powietrze bardzo łagodne, co podpowiada mi, że można śmiało liczyć na to, że pani Somers będzie na spacerze, więc udaję się z wizytą do Grange. Przeciwnie, jest w domu. Znajduję ją w bawialni, jest ubrana we wzorzystą aksamitną sukienkę, która, jak natychmiast pomyślałam, wyglądałaby ślicznie na mnie. Nic nie wskazuje na Pszczoły w pobliżu, ale szykuję się do inteligentnego zapytania o nie, gdy pani Somers niespodziewanie mówi, że jej Matka jest tu i zna moją przyjaciółkę z lat szkolnych Cissie Crabbe, która mówi, że jestem taka zabawna. Matka wchodzi —ma bardzo elegancką marsylską ondulację—(nie mogę wyobrazić sobie, gdzie mogła się ufryzować, chyba że dopiero co wróciła z Londynu)—i ogólne rozeznanie, jak należy ubierać się na wsi. Została mi przedstawiona —jej nazwisko brzmi zupełnie jak Eggchalk, ale nie sądzę, że jest to możliwe —i mówi, że zna moją przyjaciółkę z lat szkolnych pannę Crabbe, w Norwich, i dużo słyszała o tym, jak bardzo, jestem zabawna. Jestem kompletnie sparaliżowana i nie znajduję nic innego do powiedzenia poza uwagą, że pogoda ostatnio była dość gwałtowna. Wychodzę jak najszybciej.

środa, 15 listopada 2017

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 8

Jest połowa listopada,w galeriach handlowych już pojawiły się choinki, a ja wracam do świątecznych klimatów "Z pamiętnika prowincjonalnej pani" Delafield.

Poprzednie odcinki.



19 grudnia.—Zakupy przedświąteczne b. wyczerpujące. W magazynach Army and Navy zmroziło mnie, że zgubiłam Listę Prezentów Świątecznych, ale ostatecznie wpadłam na jej ślad w Dziale Książki Dziecęcej. Skoro już tam byłam, wybrałam książkę dla kochanego Robina i po raz kolejny pożałowałam, że Vicky tak zdecydowanie zażyczyła sobie zabawkową cieplanię i nic innego. Jest ewidentnie nie do dostania. (Ku pamięci: Wykorzystać najbliższą okazję i sprawdzić opowieść o jaju Roka, żeby opowiedzieć Vicky).

Rose mówi: "Sprawdź w Selfridge's." Po protestach udaję się tam, znajduję cudowną – choć drogą – zabawkową cieplarnię i niepatryotycznie kupuję ją bez wahania. Postanawiam nie wspominać o tym Robertowi.

Wybieram stosowne podarunki dla Rose, Mademoiselle, Williama i Angeli (spędzają z nami Święta, toteż prezenty nie mogą pozostać w pułapie cenowym kalendarza) oaz drobiazgi dla reszty. Nie umiem dokonać wyboru między mikroskopijnym notesem i naprawdę piękną kartką dla Cissie Crabbe, ostatecznie decyduję się na notes, ponieważ mieści się do zwykłej koperty.

20 grudnia.—Rose zabrała mnie na sztukę St. John Ervine'a i jestem b. rozbawiona. Niechcący podsłuchałam rozmowy dwóch pań w parterze, jedna pyta drugiej: dlaczego nie napiszesz sztuki, moja droga? No wiesz, odpowiada jej koleżanka, to nie jest takie łatwe, jak się ma tyle rzeczy na głowie, znaleźć czas. Padłam. (Pod rozwagę: Czy sama mogłabym napisać sztukę? Czy wszyscy moglibyśmy pisać sztuki, gdybyśmy tylko mieli czas? Po gruntownym przemyśleniu dochodzę do wniosku, że mieszkanie w jednym hrabstwie z panem St. J. E. nie jest wystarczającą podstawą, żeby napisać do niego z zapytaniem, jak znajduje czas na pisanie sztuk.)

22 grudnia.—Wracam do domu. Jedna cebulka częściowo kwitnie, ale niezadowalająco.

23 grudnia.—Odbieramy Robina na węźle kolejowym. Zgubił bilet, paczkę kanapek i chusteczkę do nosa, natomiast ma przy sobie wielki drewniany kufer z półeczką na zawiasach w środku. Rozumiem, że to stanowi owoc Warsztatów Stolarskich – drogich zajęć dodatkowych w szkole – i jest prezentem gwiazdkowym. Tylko czekać, aż pojawi się toto na rachunku za naukę.

Robin absolutnie nie może się obejść bez nagrania gramofonowego pod tytułem "Is Izzy Azzy Wozz?" (N.B. Często nawiedza mnie niepokojąca myśl, że kochane dzieci są pozbawione jakiegokolwiek wyczucia estetycznego, czy to w sztuce, literaturze czy muzyce. To przekonanie umacnia się po wysłuchaniu czternaście razy z rzędu utworu "Is Izzy Azzy Wozz?", po tym, jak udało mi się zdobyć nagranie.)

Jestem b. poruszona entuzjastycznym przywitaniem się Robina i Vicky. Mademoiselle mówi, "Ah, c'est gentil!" i wyciąga chusteczkę, co uważam za przesadę, szczególnie że po półgodzinie zjawia się u mnie ze skargą, że R. i V. weszli na belki i strząsają tynk z sufitu pokoju dziecięcego. Perswaduję im z dołu. Śpiewają "Is Izzy Azzy Wozz?". Martwię się, gdyż na nowo utwierdzam się w przekonaniu, że żadne z nich nie ma słuchu muzycznego i mieć nie będzie.

Przybycie Williama and Angeli, wpół do trzeciej. Byłoby dobrze przyspieszyć herbatę, ale czuję, że to zdenerwuje służbę, więc zamiast tego oferuję, że zaprowadzę ich do pokojów, które już bardzo dobrze znają. Wymieniamy wiadomości o rodzinie. Zjawiają się Robin i Vicky wciąż śpiewając "Is Izzy Azzy Wozz?" Angela zauważa, że dzieci urosły. Z wyrazu jej twarzy wnioskuję, że uważa je za okropne i bardzo źle wychowane. Opowiada mi o dzieciach z domu, w którym ostatnio gościła. Wydają się wzorami schludności, inteligencji i wdzięku. Poza tym A. dodaje, całkiem niepotrzebnie, że są bardzo muzykalne i ładnie grają na pianinie.

(Ku pam.: Posiłek to najbardziej zadowalający sposób zabawiania gości. Najchętniej skróciłabym przerwę między herbatą a kolacją – lub wprowadziłabym dodatkowy podwieczorek w międzyczasie.)

Przy kolacji znów rozmawiamy o rodzinie i pytamy się nawzajem, czy coś w końcu słychać o biednym Frederiku i jak się układa w małżeństwie Molly i czy Babcia znów rozważa wyjazd na wschodnie wybrzeże w lecie. Jestem poirytowana, bowiem Robert i William przesiadują w jadalni prawie do dziesiątej, przez co służba jest spóźniona.

24 grudnia.—Zabieram całą rodzinę na dziecięce przyjęcie wigilijne w pobliskiej parafii. Robin mówi „do diaska” trzy razy w obecności proboszcza – wyrażenie, nigdy nie używane przez niego wcześniej ani później, najwyraźniej specjalnie zarezerwowane na tę niezręczną okazję. Pod innymi względami przyjęcie jest nadzwyczaj udane, poza tym, że znów spotykam nową mieszkankę Grange, której wciąż nie złożyłam wizyty. To niejaka pani Somers, podobno trzyma pszczoły. Siedzimy obok siebie przy herbacie; nie potrafię powiedzieć nic o pszczołach poza pytaniem, czy je lubi, co brzmi jak kiepska zagadka, więc pozostaje niewypowiedziane, i zamiast tego mówię o prywatnych szkołach podstawowych (zauważam ciekawą prawidłowość, że żadne z dwóch rozmawiających o szkołach rodziców najwyraźniej nigdy nie słyszało o szkole tego drugiego.  Pod rozw.: Czy wskazuje to na zbyt dużą liczbę takowych przybytków w okolicy?)

Po kolacji szykuję prezenty gwiazdkowe dla dzieci. William niefortunnie nadeptuję na szklany drobiazg z lalkowego wyposażenia domu dla Vicky, ale szarmancko oferuje rekompensatę w postaci szylinga, czego stanowczo odmawiam. Dyskusja na ten temat przedłuża się. O dwudziestej trzeciej dzieci są wciąż na nogach. Angela proponuje partię bridge’a i pyta, kim jest ta pani Somers, poznana w parafii, która podobno zna się na pszczołach? (A. najwyraźniej lepiej ode mnie orientuje się w urokach towarzyskich, jednak nie wypowiadam tej uwagi na głos.)

Boże Narodzenie.—Świąteczne, acz wyczerpujące Boże Narodzenie. Robin i Vicky zadowoleni ze wszystkiego i spędzają większość dnia jedząc. Vicky prezentuje cioci Angeli kwadratowy rąbek płótna z niebieskim osiołkiem wyszytym haftem krzyżykowym. Nie wiem, czy przepraszać za ten podarunek, ostatecznie postanawiam pominąć to milczeniem i napomknąć Mademoiselle, że inny wzór byłby bardziej pożądany.

Dzieci są chyba za bardzo en évidence, ponieważ Angela, w okolicach herbaty, zaczyna opowiadać, że mali Maitlandowie mają tak cudny pokój dziecięcy, że zawsze spędzają w nim cały dzień, chyba że wychodzą na długie spacery z guwernantką i psami.

William pyta czy ta pani Somers jest jedną z tych z Dorsetshire — ta, co zna się na pszczołach.

Notuję sobie, że naprawdę muszę udać się z wizytą do pani S. już w przyszłym tygodniu. Przed wizytą koniecznie poczytać o pszczołach.

Indyk i legumina ze śliwkami na zimno wieczorem, żeby służba odpoczęła. Angela patrzy na cebulki i mówi: Co też kazało mi myśleć, że rozkwitną na Święta? Nie odpowiadam na to i proponuję, żebyśmy wszyscy poszli spać wcześniej.

27 grudnia.—Wyjazd Williama i Angeli. Lekki szok, wywołany około jedenastej przez Angelę, która pyta, czy wiem, że to ona wygrała nagrodę główną w ubiegłotygodniowym konkursie Time and Tide, występując pod pseudonimem Inteligencja. Oczywiście, nie miałam o tym pojęcia, ale gratuluję jej nie wspominając, że sama również brałam udział w tym konkursie – bez powodzenia.

(Pod rozw.: Czy Organizatorzy Konkursu są zawsze w porządku, jeżeli chodzi o ocenę walorów literackich? Możliwe, że ich zdolność osądu jest zaburzona na skutek przepracowania.)

Kolejne przyjęcie dla dzieci tego popołudnia, zbyt wielkie i skomplikowane. Matki w czarnych kapeluszach stoją i rozmawiają ze sobą o ogrodach, książkach i trudnościach w zatrzymaniu służby na wsi. Herbata jest niewzruszenie przekazywana po sali, póki dzieci są zgromadzone w innym pokoju. Vicky i Robin zachowują się grzecznie, więc chwalę ich w drodze do domu, jednak później dowiaduję się, że Mademoiselle znalazła w kieszeni odświętnej sukienki Vicky całą kolekcję czekoladowych ciastek.


(Ku pam.: Czy nie należałoby uświadomić Vicky, że takie zachowanie świadczy o braku inteligencji oraz manier, higieny i zwyczajnej uczciwości?)

niedziela, 25 grudnia 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 7

"Compartment C, Car 293" painted in 1938 by Edward Hopper

16 grudnia.—Pogoda b. sztormowa, powodzie i wiele drzew pospadało pod niewygodnym kątem. Lady Boxe wpadła z wizytą oznajmiając, że wybiera się na południe Francji w przyszłym tygodniu, ponieważ Potrzebuje Słońca. Pyta, dlaczego ja się tam nie wybieram, i porównuje mnie do siedmiu nieszczęść, co, według mnie, jest zupełnie nie na miejscu i dość niemiłe, nawet jeżeli życzliwe w intencji.

Dlaczego po prostu nie wsiąść do pociągu, zapytuje Lady B., nie przejechać przez Francję i nie zanurzyć się w Błękicie Morza, Błękicie Nieba i Letnim Słońcu? Mogłabym odpowiedzieć dobitnie, ale nie robię tego, bo kwestie finansowe najwyraźniej nie pojawiły się na horyzoncie Lady B. (Ku pam.: Ciekawy temat do debaty w Instytucie kobiecym, coś w rodzaju Wyobraźnia nie do pogodzenia z Odziedziczoną Fortuną. Po przemyśleniu sprawy obawiam się, że to trend socjalistyczny.)

Odpowiadam Lady B. nieszczerze, że o wiele bardziej wolę Anglię, nawet w zimie. Błaga, żebym nie pozwoliła sobie popaść w zaściankowość.

Wyjście Lady B. popzedzone licznymi apelami, żebym jednak przemyślała sprawę południa Francji. Gwoli uprzejmości udaję (nieprzekonująco), że się waham i obiecuję zadzwonić do niej w razie, gdybym zmieniła zdanie.

(Pod rozwagę: Czy nie dałoby się wielu przypadków naszego mijania się z prawdą złożyć na karb nietaktownej natarczywości innych?)

17 grudnia, Londyn.—Jadę na zaproszenie kochanej Rose na dwudniowe przedświąteczne zakupy po dłuższej dyskusji z Robertem, który utrzymuje, że Wszystko da się równie dobrze załatwić za pośrednictwem poczty.

Wsiadam do wczesnego pociągu, żeby zyskać dodatkowe popołudnie. Mam ze sobą stary skórzany sakwojaż Roberta, mój własny tkany, mnóstwo chryzantem owiniętych w szary papier dla Rose, paczuszkę z kanapkami, torebkę, futro na wypadek zimna, książkę na podróż i tygodnik ilustrowany uprzejmie wręczony przez Mademoiselle na dworcu. (Pod rozwagę: nasuwa się pytanie: Czy dałoby się obejść bez części tych rzeczy, a jeśli tak, to bez której?)

Umieszczam własne rzeczy na półce i otwieram tygodnik ilustrowany z poczuciem ogromu wolnego czasu płynącym z niecodziennego braku domowych obowiązków.

Jakaś pani wchodzi do przedziału na pierwszym przystanku i zajmuje miejsce naprzeciwko. Ma eleganckie bagaże w umiarkowanych ilościach i oprawiony w czerwoną wytłaczaną skórę tomik Zycie Sir Edwarda Marshall-Hall, również nowiutki i bez stempli bibliotecznych. Co mi przypomina o Lady B. i uruchamia Kompleks Niższości.

Pozostałe miejsca zajmują starszy pan w gamaszach, nieokreślona osobniczka w kratę Burberry, i młodzieniec żywcem wyjęty z rysunków Arthura Wattsa. Młodzieniec przegląda numer Punch, i spędzam sporo czasu rozważając, czy są tam rysunki Arthura Wattsa i czy jest zaskoczony podobieństwem, a jeśli jest, to jak na to reaguje: ubolewaniem czy zadowoleniem.

Z tych bezwartościowych, aczkolwiek przyjemnych rozmyślań wyrywa mnie zamieszanie spowodowane przez starszego pana, który twierdzi, że może przysiąść, że na niego kapie. Wszyscy patrzą na sufit i pani w kratę robi mglistą uwagę na temat bliżej nieokreślonych „rur”, które „zawsze ciekną”. Ktoś inny wyskakuje z wariacką propozycją wyłączenia ogrzewania. Starszy pan odrzuca wszystkie wyjaśnienia i oznajmia, że kapie z półki. Wszyscy patrzymy z przerażeniem na chryzantemy dla Rose, z których miarowo spadają wielkie krople. Zdjęta wstydem, usuwam chryzantemy, przepraszam starszego pana i z powrotem siadam naprzeciwko majestatycznej nieznajomej, która nie nawet nie podnosi głowy od Sir E. Marshall-Hall i bardziej niż przedtym przypomina mi o Lady B.

(Ku pam.: Porozmawiać z Mademoiselle o tym, że wrzucenie kwiatów do wody tuż przed zapakowaniem to nadgorliwość)

Zagłębiłam się w tygodnik ilustrowany. Jestem poinformowana, że lord Toto Finch (na wklejce) popełnił sesję zdjęciową (w załączeniu) Najładniejszych Nóg w Los Angeles, należących do niezrównanej  Dziewczyny z Angielskich Sfer, bliskiej krewnej (a propos) słynnego wyścigowego arystokraty, ojca powszechnie znanych bliźniąt z Salonów (na odwrocie).

(Pod rozwagę: czy nasza prasa popularna schodzi na psy?)

Zwracam uwagę na opowiadanie, jednak zaprzestaję lektury po tym, jak, akurat gdy zaciekawiłam się, odesłano mnie na stronę XLVIIb, której za nic nie jestem w stanie zlokalizować. Zamiast tego zapoznaję się z propozycjami prezentów świątecznych. Pragnę prezentu, zapewnia mnie autorka, osobistego a zarazem stosownego, pięknego, a zarazem trwałego. Więc dlaczego nie wybrać ozdobionego emalią zestawu szczotek do włosów za 94 funty, 16 szylingów i 4 gwinei czy też serwisu kryształowego, dokładnej repliki staroangielskiego szkła rzeźbionego, w przystępnej cenie 34 funtów, 17 szylingów i 9 gwinei?

Dlaczego nie, w rzeczy samej?

Wzruszonam, że w dalszej części osobno wspomniano o Darczyńcy o Skromnych Środkach – aczkolwiek autorska definicja skromnych środków niezupełnie pokrywa się z moją własną. Niech oryginalność pomysłu – powiada autorka – doda charakteru drobnemu podarunkowi. Czyż rzesze moich przyjaciółek nie będą zachwycone propozycją kursu zabiegów pielęgnacyjnych (sześć za 5 gwinei) w Salonie Piękności Madam Dolly Varden na Picadilly na mój koszt?

To, że mogłabym złożyć taką propozycję naszej pani wikariuszowej, a tym bardziej to, że mogłaby ją przyjąć, wykracza poza moją imaginację, więc postanawiam, jak zwykle, ograniczyć się groszowym kalendarzem z widokiem zachodu słońca w górach.

(Z drugiej strony, oddaję się na chwilę czczej fantazji o tym, że sugeruję Lady B. przyjęcie ode mnie w charakterze eleganckiego i stosownego prezentu świątecznego Kursu Ćwiczeń dla Zrzucenia Wagi z towarzyszącym im Kojąco-Pzeciwzmarszczkowym Masażem Twarzy.)

Ćwiczenia imaginacji przerwane przybyciem pociągu do Londynu.

Zmuszonam wziąć taksówkę z dworca, głównie ze względu na chryzantemy (które nie komponują się za dobrze z dwoma sakwojażami i futrem na schodach ruchomych, do których i tak nie mam zaufania i upodobania, i jestem jeszcze bardziej narażona na spektakularną porażkę w Zejściu Ze Schodów Właściwą Nogą), ale po części ze względu na modną lokalizację mieszkania Rose, oddalonego o mile od jakiejkolwiek stacji metra.


Ciepło powitana przez kochaną Rosę, która wyraża się o chryzantemach z najwyższym uznaniem, powstrzymuję się od wzmianki o niefortunnym incydencie ze starszym panem w pociągu.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 6



10 grudnia — Rano Robert skarży się na zbyt skromne śniadanie. Nie mam poczucia, że owsianka, jajecznica, tost, marmolada, biszkopt, chleb razowy i kawa dają ku temu stosowne podstawy, ale przyznaję, że owsianka jest nieco przypalona. Jakże nie przypomnieć sobie Jane Eyre w Lowood School na widok przypalonej owsianki, próbuję dygresji! Ta literacka wycieczka nie była udana. Robert sugeruje, żeby zawołać kucharkę; z największym trudem udaje mi się odwieść go od tego zgubnego pomysłu.

Otatecznie sama udaję się do kuchni w ramach codziennej wizytacji i poruszam temat przypalonej owsianki w sposób okrężny i z największą ostrożnością. Kucharka, zgodnie z oczekiwaniami, reaguje zaskoczeniem i niedowierzaniem, zapewniając zarazem, że to znów wina palnika. Dodaje również, że nowy garnek do gotowania w kąpieli wodnej, brytfanna do ryb i filiżanki dla pokoju dziecięcego są pilnie potrzebne. Na indagacje o ostatnio kupiony dziecięcy serwis herbaciany zaprezentowano mi jeden uchwyt bez filżanki, spodek w trzech kawałkach i filiżankę z półkolistym ubytkiem u brzegu (najwyraźniej odgyzionym). Czuję, że dalsze indagacje byłyby bolesne dla Mademoiselle. (Uwaga: nadzwyczajna wrażliwość nacji francuskiej czasem sprawia, że trudno mieć z nią do czynienia.)

Czytam Życie i Listy niedawno zmarłej dystyngowanej kobiety i uderza mnie, nie po raz pierwszy zresztą, jak bardzo różni się jej korespondencja od tejże kobiet mniej dystyngowanych. Co druga strona to glębokie i pełne uczuć listy znakomitości, epigramatyczne notki znajomych z kręgów literackich i politycznych, poetyckie dowody miłości i uwielbienia od męża i młodocianych pociech. Próba wyobrażenia sobie, że Robert pisze coś w tym stylu, gdybym miała (co małoprawdopodobne) osiągnąć status znakomitości, zakończyła się niepowodzeniem. Kochana Vicky jest również nieskora do przelewania swych uczuć (o ile je ma) na papier.

Z drugą pocztą nadszedł list od Robina. Jak zawsze sprawia mi wielką przyjemność, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że lakoniczne wiadomości o tym, że pewien – nieznany mi – chłopiec o imieniu Baggs dostał lanie, a Pan Gompshaw, nauczyciel przychodzący, nie pojawił się z racji Bólu Gardła, nie mogą pod żadnym względem dorównać rozbudowanym i barwnym epistolom otrzymywanym prawie codziennie przez przedmiot biografii, gdy tylko znajdzuje się poza domem.

Reszta poczty to rachunek z apteki (Ku pam.: zapytać Mademoiselle, dlaczego dwie tubki pasty do zębów Gibbsa w ciągu dziesięciu dni), niegramatyczna pocztówka od stroiciela pianin z zapowiedzią jutrzejszej wizyty i broszurka o Prawdziwej Abstynencji.

Nierówne rozłożenie darów Losu jest b. ciekawe. Chyba powinnam uwierzyć w reinkarnację. Przez pewien czas oglądam oczyma wyobraźni zupełnie odmieniony stan własnych spraw, w tym, poza innymi udoskonaleniami, całkowite wzajemne odwrócenie pozycji życiowych Lady B. i mojej.

(Pod rozwagę: Czy obmyślanie abstrakcyjnych spraw to zawsze strata czasu?)

11 grudnia.—Robert, nie odpuszczając tematu wczorajszego śniadania, mówi nagle: Dlaczego Nie Wędlina? na co odpowiadam z powagą, że wędlina jest zamówiona, ale nie pojawi się przed przyjazdem brata R. Williama z żoną na Święta. Robert autentycznie przerażony pyta, czy William i Angela pzyjeżdżają do nas na Święta? To absurdalne, bo zaproszenie wysłano przed kilkoma miesiącami na jego własną sugestię.

(W związku z tym pod rozwagę: Czy nie istnieje nieuzasadniony optymizm, wspólny całej ludzkości, prowadzący do fałszywego przekonania, że zobowiązania towarzyskie zaplanowane z odpowiednio dużym wyprzedzeniem nigdy się nie urzeczywistnią?)

Vicky i Mademoiselle wracają ze spaceru z biało-rudym kotkiem, utrzymując, że jest bezdomny i głodny. Vicky przynosi mleko i nie posiada się z zachwytu. Zgadzam się, żeby kotek został „na dziś”, ale czuję, że to oznaka słabości.

(Ku pam.: Przypomnieć jutro Vicky, że tata nie znosi kotów.) Mademoiselle robi się bardzo francuska na temat kotów w ogóle i jestem zmuszona ją upomnieć. Mademoiselle jest blessée, i cała trójka przenosi się do pokoju nauki.

12 grudnia—Robert mówi, że zatzymanie bezdomnego kota nie wchodzi w grę. Kuchenny kot, którego już mamy, w zupełności wystarczy. Stopniowo modyfikuje swoje stanowisko pod wpływem błagań Vicky. Teraz wszystko zależy od tego, czy to kocur czy kotka. Vicky i Mademoiselle deklarują pewność w tej materii i kotek już został ochrzczony Napoleonem. Uznaję, że nie jestem w stanie dyskutować na ten temat po francusku. Ogrodnik ma odmienny pogląd w sprawie płci, niż Vicky i Mademoiselle. Na skutek tego kotka przyłapana na zabawie ze starą piłką tenisową zostaje przemianowana na Helen Wills.

Uwaga Roberta, chyba szczęśliwie, skupia się na tajemniczych kłopotach z wodociągiem. Mówi, że taran się zatrzymał (To brzmi niemal biblijnie).

Daję Mademoiselle do zrozumienia, że nie należy zachęcać H. Wills do nieroztropnych wypraw na parter.

13 grudnia—Taran wznawia pracę. Helen Wills nadal z nami.

piątek, 11 listopada 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 5


1 grudnia.—Telegram od kochanej Rose z wiadomością, że wyokrętuje się w Tilbury 10-ego. Nadany telegram zwrotny: witaj będę porcie Tilbury 10-ego. Mówię do Vicky, że jej chrzestna, moja najdroższa przyjaciółka, wraca do domu po trzech latach w Ameryce. Vicky mówi: "Czy będzie miała prezent dla mnie?" Zniesmaczona jej merkantylną postawą skarżę się Mademoiselle, która odpowiada: "Si la Sainte Vierge revenait sur la terre, madame, ce serait notre petite Vicky." Wcale się z tym nie zgadzam. Tym bardziej, że w innym humorze Mademoiselle jest pierwsza do nazywania Vicky "ce petit demon enrage".

(Pod rozw.: Czy łacińskie narody zawsze są tak szczere, jakimi chcemy ich widzieć?)

3 grudnia —Radiotelegram od kochanej Rose, ostatecznie wyokrętuje się w Plymouth 8-ego. Nadaję wiadomość zwrotną, witaj ponownie będę Plymouth.

Robert przybiera nieprzychylną postawę i mówi, że To Strata Czasu i Pieniędzy. Nie wiem, czy chodzi mu o telegramy czy o podróż na spotkanie statku, ale wolę nie dopytywać. Pojadę do Plymouth 7-ego. (Ku pam.: Spłacić książkę w spożywczym przed wyjazdem i powiedzieć właścicielowi, że pierniczki z ostatniej dostawy były za miękkie. Najpierw wyjaśnić, czy Ethel dobrze domyka puszkę.)

8 grudnia—Plymouth. Przybyłam wczoraj wieczór, okropny sztorm, statek opóźniony. Wielki niepokój na myśl o kochanej Rose prawdopodobnie cierpiącej na straszną chorobę morską. Wiatr wyje, hotel się trzęsie, deszcz całą noc chłosta w szyby. Pokój mi się nie podoba i przywodzi na myśl, że kogoś w nim zamordowano. Za tajemniczymi drzwiami w rogu niechybnie jest trup. Nie mogę spać, ponieważ przypominam sobie wszystkie kryminały z takim wątkiem. Ostatecznie otwieram tajemnicze drzwi i znajduję wielką szafę, ale bez śladów trupa. Wracam do łóżka.

Jeszcze gorszy sztorm rano, coraz większy niepokój o Rose, która niechybnie będzie musiała opuścić statek na noszach.

Idę do Biura Morskiego i jestem poinformowana, że mam stawić się na molo o dziesiątej. Po poprzednich doświadczeniach jestem zaopatrzona w futro, składane krzesełko i egzemplarz Tragedii amerykańskiej (jako że była to najgrubsza książka, jaką dałam radę znaleźć) i zajmuję pozycję na molu. Deszcz ustaje. Ludzie odwracają się i patrzą z zazdrością na moje krzesełko. Starsza pani co i rusz chwieje się na nogach więc powodowana wyrzutami sumienia oferuję jej krzesełko. Odpowiada: „Dziękuję, dziękuję, ale mój Daimler czeka przy wyjściu, mogę wsiśąć gdy tylko będę chciała."

Zniechęcona, powracam do Amerykańskiej tragedii

Lektura Amerykańskiej tragedii idzie opornie, ale nie przerywam jej przez kolejne dwie godziny, gdy policjant zawiadamia, że kuter ma zaraz wyruszyć do okrętu, jeżeli życzę sobie wejść na pokład. Dyslokuję własną osobę, krzesełko i Amerykańską tragedię na kuter. Czytam przez czterdzieści minut. (Ku pam.: Zapytać Rose, czy w Ameryce naprawdę tak jest.)

Następne półgodziny b.b. nieprzyjemne. Krzesełko wykazuje tendencję do przesuwania się po całym pokładzie i jestem zmuszona zaniechać lektury Amerykańskiej tragedii.

Sporo osób o żeglarskiej proweniencji przemieszcza się dookoła i patrzy na mnie. Jeden z nich pyta, czy jestem odporna na chorobę morską. Nie, nie jestem. Właśnie pokazuje się statek, właściwie nagle wynurza się z fal i wszędzie dyndają cumy. Akurat gdy dostrzegam Rose, potężne fale odrzucają kuter od burty okrętu.
Pocieszam się, że Rose najwyraźniej nie potrzebuje noszy do opuszczenia pokładu, jednak wkrótce zaczynam obawiać się, czy nasze role nie odwrócą się.  

Bardziej falowo, cumowo i ogólne zamieszanie.

Rejteruję się na kzesełko, ale nie mam sił zmagać się z Amerykańską tragedią. Pan w sztormiaku mówi do mnie Niech Panienka Usunie się z Przejścia.

Usuwam własną osobę, krzesełko i Amerykańską tragedię w inny kąt. Pan w gumiakach mówi, że jeśli zostanę tu, to może Źle Się Skończyć.

Kolejna przeprowadzka własnej osoby, krzesełka, Amerykańskiej tragedii. Jedyna pociecha, że zostałam nazwana „Panienką".

Co i rusz dostrzegam Rose pod dziwnymi kątami, bo kuter rzuca się wte i wewte. Ostatecznie pojawia się trap i dostaję się na statek wraz z krzesełkiem i Amerykańską tragedią. Za późno zdaję sobie sprawę, że krzesełko wraz z Amerykańską tragedią mogły równie dobrze pozostać na miejscu.

Kochana Rose bardzo docenia wysiłek związany z przybyciem na jej spotkanie, ale oznajmia, że jest całkiem odporna na chorobę morską i spokojnie przespała cały wczorajszy sztorm. Usiłuję nie czuć się tym pokrzywdzona.

9 grudnia.—Rose gości u nas dwa dni przed wyjazdem do Londynu. Mówi, że W Amerykańskich Domach Zawsze Jest Ciepło, co irytuje Roberta, który mówi na to, że Wszystkie Amerykańskie Domy są Mocno Przegrzane i Nieznośnie Duszne. Nie sposób nie czuć, że to miałoby większą wagę, gdyby Robert choć raz był w Ameryce. Rose także mocno podkreśla sprawność Amerykańskiej Służby Telefonicznej i ciągle prosi o szklankę zimnej wody do śniadania, czego Robert nie pochwala.

Pod innymi względami kochana Rose wcale się nie zmieniła i oferuje mi nocleg w jej mieszkaniu na West-Endzie, gdy tylko będę chciała wybrać się do Londynu. Przyjmuję z wdzięcznością. (N.B. Jaki kontrast w porównaniu z przyjaciółką z lat szkolnych Cissie Crabbe, z kawalerką i prymusem w Norwich! Ale nie chciałabym myśleć o sobie, że jestem snobką.)


Za poradą Rose przynoszę donice z cebulkami z piwnicy i ustawiam je w salonie. Kilka z nich jest doskonale widocznych, ale nie wyglądają na całkiem zdrowe. Rose myśli, że to przez zbyt obfite podlewanie. Jeśli tak, to wyłączna wina Cissie Crabbe. (Ku pam.: Albo przenieść donice z cebulkami na piętro, albo kazać Ethel zaprowadzać Lady Boxe, gdyby przyszła z wizytą, na werandę. Po prostu nie mogę wchodzić z nią w dalszą dyskusję o cebulkach.)

poniedziałek, 7 listopada 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 4

Źródło zdjęcia

25 listopada.— Rano idę obciąć włosy i zrobić manikiur z okazji kolacji u Lady B. Przydałyby się nowe wieczorowe pończochy, jednak przygnębiające doniesienia z Banku, wciąż utrzymujące, że jestem na minusie, powstrzymują mnie, do tego raczej nieprzyjemnie sformułowany list od Panów Frippy’ego i Colemana z żądaniem zapłaty zaległości listem zwrotnym. Postanawiam nie wspominać o tym Robertowi, ponieważ wczoraj przyszedł rachunek za węgiel, a także przypomnienie o zaległym podatku, więc odpisuję kulturalnie panom F. i C., że czek zostanie przesłany w najbliższych dniach (może pomyślą, że zawieruszyła mi się książeczka czekowa.)

Czarna suknia ze złotem została przerobiona przez Mademoiselle bardzo zadowalająco, ale muszę pięć razy układać włosy, bo fala źle leży. Robert niefortunnie wchodzi w chwili, gdy używam nowej, bardzo drogiej szminki, i mocno nie pochwala efektu.

(Pod rozwagę: Czy częstsze pobyty Roberta w Londynie, gdyby udało się go do tego nakłonić, wpłynęłyby na liberalizację jego poglądów w tej sprawie?)

Wyrażam przekonanie, że się spóźnimy, ponieważ Robert ma problemy z uruchomieniem samochodu, ale Robert odmawia agitacji. Zmuszonam dodać, że dalsze wydarzenia usprawiedliwiają jego postawę, ponieważ zjawiamy się za wcześnie, nawet zanim Lady B schodzi na dół. Naliczyłam co najmniej tuzin hiacyntów wschodnich w wazonach w całym salonie (z pewnością wyhodowane przez jednego z ogrodników, cokolwiek powie Lady B. Postanawiam nie robić żadnych uwag na ich temat, ale wiem, że to nieuprzejme.)

Lady B. schodzi ubrana w srebrną koronkową kreację prawie zamiatającą podłogę, z nową linią talii. Mniejsza o to, czy jest na miejscu, czy nie, ale sprawia, że wszystkie inne suknie wyglądają przy niej staroświecko.

Oprócz nas jest jeszcze dziewięć osób, większość z nich gości w domu gospodarzy. Nikt nikogo nie przedstawia. Zgaduję, że pani w czymś w rodzaju niebieskiego arrasu  popełniła Symfonię na trzy płcie.

Akurat gdy zawołano do kolacji Lady B. mruknęła do mnie: "Posadziłam panią przy Sir Williamie. Jest zainteresowany wodociągami, wie pani, i pomyślałam, że pani z chęcią porozmawia z nim o miejscowych warunkach."

Ku memu zaskoczeniu Sir W. z miejsca przechodzi do kwestii Regulacji Narodzin. Nie umiem powiedzieć, dlaczego i w jaki sposób ten temat wypłynął, ale zdecydowanie wolę to od wodociągów. Naprzeciwko siedzi Robert przy Symfonii na trzy płcie. Mam nadzieję, że się dobrze bawi.

Rozmowa staje się ogólna. Wszyscy (oprócz Roberta) rozmawiają o książkach. Wszyscy mówimy, (a) że przeczytaliśmy Dobrych towarzyszy, (b) że to bardzo długa książka, (c) że została wybrana na Książkę Miesiąca Klubu w Ameryce i musi się sprzedawać w ogromnych nakładach, i (d) że Sprzedaż w Ameryce jest tym Co Się Naprawdę Liczy. Następnie przechodzimy do Orkanu na Jamajce  i mówimy (a) że to dość krótka książka, (b) że jesteśmy nią zniesmaczeni – lub, przeciwnie, zachwyceni – i (c) że Dzieci naprawdę takie . W tym momencie ujawnia się mniejszość, która Nie Może Uwierzyć, że są takie dzieci na Świecie, które mogłyby nie zauważyć zniknięcia Johna. Może zgodzić się na wszystko inne, ale na to nie. Dyskusja jest bardzo ożywiona. Rozmawiam z młodzieńcem w rogowych oprawkach po mojej lewej stronie o Jamajce, gdzie żadne z nas nie było. To prowadzi – nie wiem, w jaki sposób – do polowania na jeleni i ostatecznie do homeopatii. (Ku pam.: To ciekawe, jeśli czas pozwoli, prześledzić ciąg myśli prowadzący od jednego tematu do drugiego. Druga, i bardzo niepokojąca idea: być może taki ciąg myśli nie istnieje.) Właśnie zaczynamy wymieniać poglądy na temat hodowli ogórków w cieplarniach, gdy Lady B. wstaje zza stołu.

Idziemy do salonu i wszystkie wołamy, jak dobrze zobaczyć ogień w kominku. Pokój jest b. zimny. (Pod rozwagę: Czy to dobre dla cebulek?) Pani w niebieskim arrasie rozpina włosy, które, jak mówi, zapuszcza, i upina je z powrotem. Rozmowa schodzi na fryzury. Przygnębiona, odkrywam, że cały świat, poza mną, znów zapuścił lub zapuszcza włosy. Lady B. mówi, że Obecnie nigdzie już nie zobaczysz Odwróconego Boba, ani w Londynie, ani w Paryżu, ani w Nowym Yorku. Niedorzeczne.

W trakcie wieczoru odkrywam, że niebieski arras nie ma nic wspólnego z literaturą, a jest Państwowym Inspektorem Sanitarnym, natomiast autorem Symfonii na trzy płcie jest blady młodzieniec w rogowych oprawkach. Lady B. pyta, Czy naprowadziłam go na temat perwersji, zawsze mówi o tym tak zajmująco. Odpowiadam wymijająco.

Mężczyźni wchodzą i wszyscy udają się do sali bilardowej (akurat gdy w salonie zrobiło się trochę cieplej), gdzie Lady B. inauguruje nieprzyjemną grę zręcznościową z bilami, wymagającą posiadania Prostego Oka, którego większość z nas nie posiada. Robert radzi sobie świetnie. Podbudowana czuję, że to o wiele bardziej satysfakcjonujący sposób wyróżnienia się niż autorstwo Symfonii na trzy płcie.

Gratuluję Robertowi w drodze do domu, ale odpowiedzi brak.

26 listopada—Robert przy śniadaniu mówi, że już nie jesteśmy tacy młodzi, żeby zarywać noce.

Frippy i Coleman żałują, że nie mogą pozwolić na ujemne saldo na rachunku, i uprzejmie proszą o czek zwrotny, w przeciwnym razie będą zmuszeni, z największą przykrością, podjąć Dalsze Kroki. Napisałam do Banku z prośbą o przeniesienie sześciu funtów, trzynastu szylingów i dziesięciu pensów z rachunku depozytowego na bieżący. (W ten sposób zostają trzy funty, siedem szylingów i dwa pensy, żeby utrzymać rachunek depozytowy.) Postanawiam przesunąć płatność za dostawy mleka na następny miesiąc i zapłacić zaliczkę za czyszczenie zamiast pełnego rachunku. Dzięki temu mogę wysłać do F. i C. czek z odroczoną datą realizacji od 1 grudnia, kiedy wpłynie utrzymanie. Niestabilność finansowa jest b. wymagająca.


28 listopada—Potwierdzenie od F. i C. z zapewnieniem, że nadal są do moich usług – ale ewidentnie nie zdają sobie sprawy, ile wysiłku kosztowało mnie wyprostowanie spraw z nimi.


niedziela, 6 listopada 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 3


15 listopada —Robert zauważa brak chodnika i nalega, że musi mieć go z powotem. Więc zwacam chodnik do przebieralni i przenoszę do pokoju gościnnego pospolity farbowany chodniczek z pokoju niani. Mademoiselle jest tym urażona i mówi do Vicky, która powtarza to mnie, że w tym kraju czuje się traktowana jak robak.

17 listopada— Kochana przyjaciółka z lat szkolnych Cissie Crabbe ma przybyć pociągiem o trzeciej po południu. Poinformowany o tym Robert mówi, że to bardzo niefortunny termin ze względu na zebranie rady parafialnej, ale ostatecznie zgadza się opuścić zebranie. Wzruszonam. Niestety, tuż po jego wyjeździe nadchodzi telegram, że droga przyjaciółka z lat szkolnych spóźniła się na pociąg i przybędzie najwcześniej o siódmej. To oznacza przesunięcie kolacji na ósmą, czego nie pochwali kucharka. Nie mogę przekazać tej wiadomości do kuchni z Ethelą, bo ma wychodne, więc zmuszonam zakomunikować to osobiście. Kucharka nie jest zachwycona. Robert wraca z dworca, również niezachwycony.  Mademoiselle nie wiedzieć czemu mówi "Il ne manquait que ca!" (Ten komentarz jest kompletnie nie na miejscu, bowiem nieobecność Cissie Crabbe nie dotyczy jej w żaden sposób. Nieraz myślałam, że Francuzkom brak taktu.)

Ethel wraca 10 minut spóźniona i pyta, czy ma napalić w pokoju gościnnym. Mówię nie, nie jest aż tak zimno, rozumiejąc przez to, że Cissie właśnie straciła w moich oczach prawo do korzystania z luksusów. Reflektuję się, że to niegodna postawa i palę w kominku sama. Dymi.

Robert woła z parteru z zapytaniem, Skąd Ten Dym. Odkrzykuję z piętra, że to Nic Takiego. Robert wchodzi na piętro, otwiera okno, zamyka drzwi i mówi: Teraz Będzie W Porządku. Nieradam stwierdzić, że z otwartym oknem pokój się wyziębi.

Gram w grę planszową z Vicky w salonie.

Robert czyta Times i przysypia, jednak budzi się w sam raz by po raz dugi wyruszyć na dworzec. Dzięki niebom tym razem wraca z Cissie Crabbe, znacznie tęższą niż kiedyś, która kilkakrotnie powtarza, że chyba obydwie bardzo się zmieniłyśmy, co według mnie jest zbędne.

Zaprowadzam Cissie na piętro – pokój gościnny jest jak chłodnia z racji otwartego okna i kominek wciąż dymi, aczkolwiek mniej – mówi, że pokój jest cudny, toteż wychodzę zachęcając, żeby nie wahała się dzwonić, gdyby czegoś potrzebowała (Ku pamięci: powiedzieć Etheli, że ma odpowiadać na dzwonek z gościnnego, o ile będzie dzwonił – liczę, że nie.)

Przebierając się do kolacji pytam Roberta, co myśli o Cissie. Mówi, że zbyt krótko ją zna, żeby wydawać sądy. Pytam, czy uważa ją za ładną. Mówi, że nie myślał o tym. Pytam, o czym rozmawiali po drodze z dworca. Twierdzi, że nie pamięta.

19 listopada— Ostatnie dwa dni bardzo, bardzo męczące, ponieważ niespodziewanie okazało się, że Cissie Crabbe jest na ścisłej diecie. Przez to Robert nabrał do niej awersji. Kompletny brak możliwości szybkiego sprowadzenia soczewicy i cytryn nader komplikuje prowadzenie gospodarstwa. Mademoiselle w środku lunchu nalega na omówienie spraw dietetycznych, wołając kilkakrotnie: "Ah, mon doux St. Joseph!", co uważam za profanację i upraszam, żeby więcej tak nie mówiła.

Radzę się Cissie w sprawie cebulek, które wyglądają jak gdyby nawiedziły je myszy. Doradza Obfite Podlewanie i opowiada mi o swoich cebulkach w Norwich. Zniechęconam.

Robię Obfite Podlewanie cebulek (skutkujące częściowym zalaniem podłogi strychu i schodów pod nią) i znoszę połowę z nich do piwnicy, bo Cissie Crabbe mówi, że na strychu jest zaduch.

Wizyta pani wikariuszowej popołudniu. Mówi, że ktoś z jej znajomych ma rodzinę w okolicach Norwich, ale nie pamięta ich nazwiska. Cissie Crabbe odpowiada, że gdybyśmy znały nazwisko, mogłoby się okazać, że słyszała o nich lub nawet ich poznała. Zgadzamy się, że świat jest mały. Rozmowa schodzi na Rivierę, nowy krój talii, próby chóru, kwestię służby i Ramsaya MacDonalda.

22 listopada.—Cissie Crabbe wyjeżdża. Bardzo serdecznie zaprasza mnie w odwiedziny do niej do Norwich (gdzie, jak już mi mówiła, mieszka w kawalerce z dwoma kotami i gotuje sobie soczewicę na prymusie). Odpowiadam Tak, z przyjemnością. Rozstajemy się wylewnie.

Przez cały ranek odpowiadam na listy, które musiałam zaniedbać podczas wizyty Cissie.

Zaproszenie od lady Boxe dla nas na kolację i spotkanie z dystyngowanym literackim towarzystwem bawiącym u niej, w tym z  autorem Symfonii na trzy płcie. Nie decyduję się odpisać, że po raz pierwszy słyszę o Symfonii na trzy płcie, więc po prostu akceptuję zaproszenie. Pytam o Symfonię na trzy płcie w bibliotece, pełna wątpliwości. Całkiem uzasadnionych, wnioskując z tonu, jakim pani Jones odpowiada, że nie ma takiej książki na stanie i nigdy nie było.

Pytam Roberta czy według niego mam założyć suknię w granacie czy w czerni ze złotem do Lady B. Mówi, że obydwie ujdą. Pytam, czy pamięta, którą zakładałam poprzednim razem. Nie pamięta. Mademoiselle twierdzi, że granatową i proponuje drobną przeróbkę czarnej ze złotem, która zmieni ją nie do poznania. Przystaję na to, więc odcina wielkie kawałki materiału z tyłu. Mówię: "Pas trop décolletée,", na co rozsądnie odpowiada: "Je comprends, Madame ne desire pas se voir nue au salon."

(Pod rozwagę: Czy Francuzi czasem nie wyrażają się dziwnie i czy to nie odbije się niekorzystnie na Vicky?)

Mówię Robertowi o dystyngowanym literackim towarzystwie, z pominięciem Symfonii na trzy płcie. Odpowiedzi brak.
Postanowiłam z całą stanowczością, że jeżeli Lady B. przedstawi nas dystyngowanemu literackiemu towarzystwu, czy komukolwiek, jako Naszego Agenta i Panią Agentową, od razu opuszczę jej dom.

Mówię o tym Robertowi. Odpowiedzi brak. (Ku pam.: Wystawić wieczorowe buty przez okno, żeby sprawdzić, czy świeże powietrze usunie zapach benzyny.)

czwartek, 20 października 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 2



12 listopada. Od wczoraj w domu i jak zwykle przytłoczona ogromem domowych kłopotów, jaki zbiera się po każdej nieobecności. Problem z kuchennym palnikiem poskutkował brakiem ciepłej wody, kucharka mówi, że baranina cała wyszła i czy nie porozmawiam z masarzem, bo obecna pogoda nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Przeziębienie Vicky, w odróżnieniu od baraniny, pozostało na miejscu. Mademoiselle powiada: "Ah, cette petite! Elle ne sera peut-être pas longtemps pour ce bas monde, madame."* Mam nadzieję, że to jedynie jej łaciński zwyczaj dramatyzowania sytuacji.

Robert czyta Times po kolacji i przysypia.

13 listopada. Ciekawy, aczkolwiek niepokrzepiający tok myśli, wywołany dłuższą rozmową z Vicky na temat istnienia czy węcz pzeciwnie lokalizacji, które ona konsekwentnie nazywa P.I.E.K.L.O. Pełna chęci bycia nowoczesnym rodziciem, zapewniam ją, że nie ma, nigdy nie było i nie będzie takiego miejsca. Vicky utrzymuje, że owszem jest powołując się na Biblię. Prześcigając samą siebie w nowoczesności mówię, że koncepcję wiecznej kary wymyślono, żeby straszyć ludzi. Vicky z oburzeniem odpowiada, że wcale nie jest przestraszona i lubi myśleć o P.I.E.K.L.E. Mając wrażenie, że znalazłyśmy się w ślepym zaułku, pozostawiam ją z jej osobliwym sposobem odczuwania przyjemności.

(Pod rozwagę: czy nowoczesne dzieci zamierzają kontestować nowoczesność, i jeśli tak, to jaką formę przybierze reakcja nowoczesnych rodziców?)

Jestem b. pzejęta listem z Banku z wiadomością, że debet na moim koncie wynosi 8 funtów, 4 szylingi i 4 pensy. Nie mogę zrozumieć, jak to się stało, byłam przekonana, że nadal mam nadwyżkę 2 funtów, 7 szlingów i 6 pensów. Z irytacją odkrywam, że moje rachunki, zawartośc kasetki i odcinki książeczki czekowej nie zgadzają się. (Ku pamieci: znaleźć kopertę, na której spisałam wydatki z Bournemouth, i małą karteczkę (chyba z książki sklepowej) z notatkami o przesuwaniu płatności w gotówce. To może wyjaśnić sprawę.)

Spojrzałam na cebulki przy okazji zanoszenia waliz na strych i jestem skłonna sądzić, że nawiedził je kot. Jeśli tak, to będzie ostatnią kroplą. Powiem pani B., że wysłałam swoje cebulki do chorej przyjaciółki w szpitalu.

14 listopada. Nadeszła Książka Miesiąca i jestem rozczarowana. Historia miejsca, które mnie nie obchodzi, napisana przez autora, którego nie lubię. Pakuję ją z powrotem do paczki i wybieram inną pozycję z Rekomendowanej Listy. Dowiaduję się z broszurki, dołączonej do książki, że ten sposób postępowania został przezornie przewidziany i opisany jako "największy błąd w życiu". Jestem b. poirytowana, nie tyle tym, że (być może) popełniam największy błąd w życiu, ile przygnębiającą myślą o tym, jak bardzo wszyscy jesteśmy podobni, skoro inteligentny pisarz jest w stanie z taką dokładnością przewidzieć nasze zachowania.

Postanawiam nie wspominać nic o tym pani B. - jest zawsze tak męcząco wyniosła w sprawie Książki Miesiąca, utrzymując, że nie potrzebuje, żeby ktoś jej mówił, co ma czytać. (Muszę pomyśleć o dobej ripoście.)

Z drugą pocztą nadszedł list od mojej kochanej szkolnej przyjaciółki Cissie Crabbe: pyta, czy mogłaby zatrzymać się u nas przez dwa dni w drodze do Norwich. (Pod rozwagę: Dlaczego Norwich? Zawsze się dziwię, gdy słyszę, że ktoś jedzie, mieszka lub przybywa z Norwich, aczkolwiek wiem, że to nierozsądne z mojej strony. Należy pamiętać, jak mało się wie o kraju, w któym się mieszka – tu aż się prosi jakiś cytat. Jednak nie nie pojawi.)

Wiele lat minęło od naszego ostatniego spotkania, pisze Cissie, i spodziewa się, że obydwie bardzo się zmieniłyśmy. P.S. Czy pamiętam cudny stary staw i dzień Hiszpańskiej Skrobi. Po pewnym namyśle przypominam sobie cudny stary staw w ogrodzie ojca Cissie, ale niech mnie kule biją, jeśli wiem, o co chodzi z Hiszpańską Skrobią (Pod rozwagę: może to nawiązuje do opowiadania o Sherlocku Holmesie? Pasuje mi do niego.)

Odpisuję, że będziemy zachwyceni jej wizytą i jak dużo mamy do opowiedzenia sobie po tych wszystkich latach! (To, reflektuję się, nie jest prawdą, ale przecież nie będę z tego powodu przepisywać listu.) Pomijam milczeniem Hiszpańską Skrobię.

Robert, poinformowany o nadciągającej wizycie kochanej szkolnej przyjaciółki, nie wydaje się zadowolony. Pyta, co mamy z nią robić. Sugeruję spacer po ogrodzie (myśl, że nie jest to odpowiedniejsza pora roku na takie aktywności, odwiedza mnie zbyt późno). W każdym razie, mówię, będzie miło porozmawiać o starych dobrych czasach (co mi przypomina, że tajemnica Hiszpańskiej Skrobi wciąż nie została rozwiązana).

Rozmawiam z Ethelą o pokoju gościnnym i z rozdrażnieniem dowiaduję się, że jeden niebieski świecznik rozbił się, a dywanik przy łóżku został oddany do czyszczenia i nie da się go odzyskać na czas. Daję do pokoju gościnnego dywanik z przebieralni Roberta, licząc, że nie zauważy jego zniknięcia.



*Biedne maleństwo! Chyba nie pożyje długo na tym świecie, proszę pani.

środa, 19 października 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 1

Zacznę po trochu tłumaczyć Z pamiętnika prowincjonalnej pani E. M. Delafield z 1930 roku - to cudowna lektura, która mimo wieku nic a nic nie straciła na świeżości i humorze.



7 listopada. Sadzę cebulki do donic. Akurat w środku tej czynności wpada z wizytą lady Boxe. Mówię, mijając się z prawdą, że miło mi ją widzieć i proszę łaskawie spocząć i zaczekać, aż skończę z cebulkami. Lady B. jest zdeterminowana, by usiąść na krześle, na którym już umieściłam dwie donice oraz worek węgla, jednak w porę przechwycona, zajmuje kanapę.

Czy wiem, pyta, że jest o wiele za późno na sadzenie cebulek? Wrzesień, czy nawet październik, to odpowiednia pora. Czy wiem, że jedynym solidnym dostawcą hiacyntów jest Ktoś tam z Haarlemu? Nie dosłyszałam nazwy firmy, coś po holendersku, ale odpowiadam: Tak, wiem, ale uważam za swój obowiązek kupować krajowy produkt. Czułam w tamtej chwili i uważam nadal, że to świetna odpowiedź. Niestety za chwilę Vicky wchodzi do salonu i mówi: „O, mamo, czy to te cebulki z Woolworthsa?

Lady B. zostaje na herbatę. (Ku pamięci: kanapki zbyt grube, porozmawiać z Ethel). Rozmawiamy o cebulkach, malarstwie niderlandzkim, żonie wikariusza, rwie kulszowej i „Na zachodzie bez zmian”.

(Pod rozwagę: czy da się pielęgnować sztukę konwersacji mieszkając przez cały rok na wsi?)

Lady B. dopytuje się o dzieci. Mówię, że Robin – którego nazywam beznamiętnie „chłopiec”, żeby nie pomyślała, że jestem nadopiekuńcza – radzi sobie w szkole całkiem dobrze, i że według Mademoiselle Vicky łapie przeziębienie.

Czy zdaję sobie sprawę, że Chroniczne Przeziębienie nie jest konieczne i można go uniknąć robiąc dziecku płukanie nosa roztworem soli co rano przez śniadaniem? Wymyślam kilka ciętych i błyskotliwych ripost na to, ale niestety dopiero gdy lady B. odjechała swoim Bentleyem.

Kończę sadzenie cebulek i zanoszę je do piwnicy. Dochodzę do wniosku, że w piwnicy jest przeciąg, zmieniam zdanie i przenoszę je na strych.

Kucharka mówi, że palnik jest zepsuty.

8 listopada. Robert obejrzał palnik i mówi, że jest w zupełnym porządku. Robi nieoryginalną sugestię, żeby wyciągnąć zaślepkę. Kucharka jest rozgniewana i prawdopodobnie złoży wymówienie. Próbuję ją udobruchać mówiąc, że wyjeżdżamy do Bournemouth na ferie Robina, co pozwoli domownikom odpocząć. Kucharka odpowiada posępnie, że skorzystają z tej okazji, żeby zrobić dodatkowe sprzątanie. Obym mogła w to uwierzyć.

Przygotowania do wyjazdu zmącone tym, że Robert przynosząc ze strychu walizy rozbił trzy donice z cebulkami. Mówi, że był przekonany, że wstawiłam je do piwnicy, i nie spodziewał się ich na strychu.

11 listopada – Bournemouth. Zaiste, historia lubi się powtarzać. Ten sam hotel, te same gorączkowe poszukiwania Robina po całej szkole, ten sam skład rodziców (większość w tymże hotelu). Obserwuję wyraźną tendencję do wymieniania ze współrodzicami tych samych uwag, co przed rokiem i dwa lata temu. Mówię o tym Robertowi, odpowiedzi brak. Może nie chce się powtarzać? Z tego Pod rozwagę: czy do Roberta dociera to co mówię, nawet gdy nic nie odpowiada?

Znajduję, że Robin schudł, więc rozmawiam z opiekunką, która mówi z ożywieniem: ależ nie, według niej w tym semestrze właśnie przybrał na wadze, i przechodzi do kwestii Nowego Skrzydła. (Pod rozwagę: dlaczego wszystkie szkoły muszą rozbudowywać Nowe Skrzydła mniej więcej co pół roku?).

Zabieramy Robina. Zjada kilka dań i sporo słodyczy. Przyprowadza kolegę i zabieramy obu do zamku Corfe. Chłopcy wspinają się, Robert pali w milczeniu, ja siadam opodal na kamieniach. Moich uszu dobiega uwaga pewnej pani na temat połowy wieży, która przetrwała kilka stuleci, że wygląda na kruchą – cóż za osobliwy wybór przymiotnika. Ta sama pani, wspinając się na kawałek zwartego muru, zauważa, że musiał skądś spaść.

Zabieramy chłopców do hotelu na kolację. Robin mówi, gdy jego kolega nie słyszy: „Jest nam miło, że zabraliśmy Williama, prawda?” Skwapliwie wyrażam zadowolenie z tego przywileju.

Po kolacji Robert zawozi chłopców z powrotem do szkoły, a ja siedzę w salonie z kilkoma innymi matkami mówiąc o własnym synu bagatelizująco, a o cudzych z wielkim entuzjazmem.

Zapytana, co sądzę o Harriet Hume łapię się, że nie mogę powiedzieć, że nie czytałam. Mam przygnębiające poczucie, że szykuje się kolejny Orlando, o którym mogłam całkiem inteligentnie rozprawiać dopóki nie przeczytałam książki i nie odkryłam, że nie jestem w stanie nic z niej zrozumieć.

Robert wraca bardzo późno i mówi, że przysnął nad Times. (Pod rozwagę: Czy po to trzeba było jechać do Bournemouth?).

Pocztówka od lady B. z ostatnią pocztą: czy pamiętam, że zebranie w Instytucie Kobiecym jest 14. Nawet przez myśl mi nie przejdzie odpowiedzieć.