Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje przekłady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje przekłady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2018

W. H. Auden, who will endure (No change of place) / Któż wytrzyma


Któż wytrzyma
Spiekotę dnia i zgrozę zimy,
Podróże z jednej stacji do innej;
Komu nie w smak leżeć
Na cyplu nad zatoką aż do zmierzchu,
Gdzie ląd przechodzi w morze,
Lub paląc czekać, aż zawoła
Spod bramy na łańcuchu, tuż przy lesie,
Gong do stołu?

Torów ciąg,
Lśniących lub rdzawych w słońcu, biegnie wciąż
Z miasta do miasta,
I nie działają kolejowe światła;
Lecz ruchu brak,
Prócz kopert przechodzących z rąk do rąk,
Porwanych w bramie i bez tchu czytanych w  srodku;
Miazgi z wiosennych kwiatów, co nadeszły,
Porażki wyjąkanej po przewodach,
Żalu depeszą.

Lecz skoro przyjdzie zawodowy tułacz,
Pytany przy kominku, nic nie mówi,
Sekretnie się uśmiecha chyląc
I w tejże chwili
Plany na naszych mapach tracą ostrość
Rzucając postrach.

I nie ma zmiany miejsc:
Nikt nigdy się nie dowie
Jakiej konwersji  świetne miasto się spodziewa,
Czyj brzydki bankiet wiejski chór uświęca śpiewem;
Nikt nie podąży
Dalej niż ślepy tor czy molo w morzu,
Nie pójdzie sam i syna nie wyprawi
Dalej pod wzgórze, niż zgniły stóg siana,
Gdzie jegier w sztylpach, z bronią, z psami
Zawoła: wara!


***

Who will endure
Heat of day and winter danger,
Journey from one place to another,
Nor be content to lie
Till evening upon headland over bay,
Between the land and sea
Or smoking wait till hour of food,
Leaning on chained-up gate
At edge of wood?

Metals run,
Burnished or rusty in the sun,

From town to town,
And signals all along are down;
Yet nothing passes
But envelopes between these places,
Snatched at the gate and panting read indoors,

And first spring flowers arriving smashed,
Disaster stammered over wires,
And pity flashed.

For should professional traveller come,
Asked at the fireside he is dumb,
Declining with a secret smile,
And all the while
Conjectures on our maps grow stranger
And threaten danger.

There is no change of place:
No one will ever know
For what conversion brilliant capital is waiting,
What ugly feast may village band be celebrating;
For no one goes
Further than railhead or the ends of piers,
Will neither go nor send his son
Further through foothills than the rotting stack
Where gaitered gamekeeper with dog and gun
Will shout ‘Turn back’.
 


*****

Myślę, że Auden, podobnie jak Shakespeare, potrafił cytować nie cytując, nawiązywać nie nawiązując, a właściwie, pzyswoić sobie cudzy tekst w taki sposób, że stawał się on jego własną, osobistą wypowiedzią. To jest swoista synergia, kiedy nie sposób powiedieć, co jest wołaniem a co echem. 

Czytając wypowiedzi Hamleta adresowane do Ofelii (Hamlet III,1) ne mogę oprzeć się wrażeniu, że to jest nic innego jak pierwszy list św. Pawła do Koryntian (dokładniej, fragment o małżeństwie), a niedoszły żal za grzechy Klaudiusza (Hamlet III, 3) to psalm 51. Im bardziej nieodparte jest moje wrażenie, tym mniej da się je potwiedzić analizą tekstologinczną. 

Podobnie jeżeli chodzi o powyższy wiersz Audena, jestem wewnętrznie przekonana, że jest to wariacja na temat monologu Hamleta "To be or not to be". Ocywiście w tym przypadku również nie da się tego dowieść w sposob racjonalny i uzasadnić tekstologicznie, ale można usłyszeć echo.

*** ***

To be, or not to be, that is the question:
Whether 'tis nobler in the mind to suffer
The slings and arrows of outrageous fortune,
Or to take arms against a sea of troubles
And by opposing end them. To die—to sleep,
No more; and by a sleep to say we end
The heart-ache and the thousand natural shocks
That flesh is heir to: 'tis a consummation
Devoutly to be wish'd. To die, to sleep;
To sleep, perchance to dream—ay, there's the rub:
For in that sleep of death what dreams may come,
When we have shuffled off this mortal coil,
Must give us pause—there's the respect
That makes calamity of so long life.
For who would bear the whips and scorns of time,
Th'oppressor's wrong, the proud man's contumely,
The pangs of dispriz'd love, the law's delay,
The insolence of office, and the spurns
That patient merit of th'unworthy takes,
When he himself might his quietus make
With a bare bodkin? Who would fardels bear,
To grunt and sweat under a weary life,
But that the dread of something after death,
The undiscovere'd country, from whose bourn
No traveller returns, puzzles the will,
And makes us rather bear those ills we have
Than fly to others that we know not of?
Thus conscience does make cowards of us all,
And thus the native hue of resolution
Is sicklied o'er with the pale cast of thought,
And enterprises of great pitch and moment
With this regard their currents turn awry

And lose the name of action.

środa, 2 maja 2018

For girls only - Penelope Fitzgerald, Innocence (fragment)

***

Rok temu, gdy miała szesnaście lat, bez wcześniejszego wyjaśnienia i bez najmniejszej możliwości podołania temu finansowo, ciotka Mad zabrała ją, żeby zamówić suknię u Parenti'ego. Kreacja Parenti'ego w latach 1950-ch nadal, jak w latach 20-ch, cieszyła się natychmiastową rozpoznawalnością, gdziekolwiek pojawiano się w sukienkach, nie uznając, z kolei, żadnego innego stylu poza własnym. Jednak w tym czasie Vittorio Parenti niemal całkowicie zrezygnował z kroju i jego confezione nie dałoby się opisać inaczej jak "zwyczajny worek", długi lub krótki. Sekret (tak jak w przypadku Fortuny'ego) tkwił w tkaninie. Jedwabie Parentiego (szył tylko z włoskich jedwabi) były tkane i wykańczane w jego własnej fabryczce na tyłach Via delle Caldaie. Płótno na wyjściu było jak najdrobniej splisowane, jedna połowa każdej plisy szła z dociągiem wózka, druga w przeciwnym kierunku, więc każda plisa stanowiła teksturę materiału i nigdy nie traciła swej pierwotnej ostrości; właściwie była to nie tyle plisa, co zmiana kierunku jedwabnej nici. Wyroby niepozornej fabryczki przywoływały istniejące tylko w legendach materiały - płaszcz utkany z zachodniego wiatru czy suknię ślubną, którą dało się przewlec przez obrączkę. Były one, rzecz jasna, przeznaczone tylko i wyłącznie dla domu mód i kupony dostarczano do szwalni z poleceniem zniszczenia wszystkich skrawków. Jednakże polecenia te nie szły w parze z wysokimi płacami dla szwaczek, które były zmuszone upłynniać co się da, na skutek czego w całej Florencji było mnóstwo kawałków i ścinków jedwabi Parentiego, służących za podkładki czy łaty dla bóg wie czego, ale wciąż zdradzających swoje pochodzenie dzięki bladym, lekko połyskującym odcieniom i niezrównanym plisom.

"Dobre" ubrania napawały Chiarę przerażeniem, i pocieszała się myślą, że przynajmniej suknia Parentiego (której nie wolno było zawiesić, tylko należało trzymać odpowiednio zwiniętą i skręconą na półce w szafie) nie będzie uchodzić za "dobrą" w zwykłym sensie. Kilka "dobrych" ubrań było w posiadaniu jej ciotki. Miały ukryte usztywnienia, obciążone rąbki, wymyślne rzemyki i mocowania, sznurowane talie, co oznaczało, że nawet na wieszaku prezentowały nieruchomy i zatrważający ludzki kształt. Ciotka Mad zabierając ją na umówione spotkanie założyła wiekowy czarny stój w tym rodzaju, wiedeńską garsonkę od Knuepfego. Chiara miała na sobie angielski szkolny mundurek. Przez moment jej niepokój pochłonęło przerażenie, że mogłaby jakimś nadzwyczajnym trafem spotkać po drodze kogoś od sióstr i narazić się na hańbę bycia zobaczoną w mundurku w czasie wakacji.

Parenti, jak zwykł robić od zawsze, przyjmował klientów w budynku obok fabryki. Doświadczył trudnych chwil, co teraz mógł sobie powetować. Od tamtej nocy w 1923 roku, gdy faszystowska młodzież rozstrzelała latarnie uliczne w Oltrarno, nigdy nie zgodził się uszyć czegokolwiek dla kobiet partyjnych oficjeli. (Inna sprawa, że nowy polityczny porządek mógł po prostu nie doceniać jego ubrań).

Na budynku nie było szyldu ani dzwonka, żadnych napisów na zewnętrznych ani na wewnętrznych szklanych drzwiach ani na ścianach w środku. Przybysz musiał znać drogę albo nie zapuszczać się na te ciemne schody. Ale w samym zakładzie z niczego nie robiono tajemnicy. Z klatki drugiego piętra wchodziło się prosto do szwalni składającej się z dwóch pomieszczeń i do prasowalni. Każda twarz pochylona nad prasowalnicą podniosła się, przez chwilę patrząc, jak przechodzą, i znów się pochyliła. "Mam nadzieję, że jest tu inne wyjście", pomyślała Chiara.

Musiały czekać w niewielkim pokoiku, który na pewno nie był przymierzalnią, ponieważ nie było w nim lustra. Naręcza jedwabi w różnych odcieniach delikatnej szarości były rzucone na rząd krzeseł. Nie dało się usiąść nie przesuwając ich, i nawet ciotka Mad nie zdobyła się na to, żeby je ruszyć.

- Nie spodziewa się nas, ciociu, zapomniał, chodźmy do domu.

- Contessa! Contessina!

Parenti wszedł do pokoju za ich plecami. Wyglądał na znacznie starszego i mniejszego niż na zdjęciach, i na bardzo zmęczonego, wciąż zdolny, ale ledwo co, unosić ciężar bycia Parentim. Jednak nie była to wyuczona poza, bowiem stary maestro nie potrzebował gry pozorów.

Commendatore, pragnę przedstawić panu moją bratanicę Chiarę Ridolfi - powiedziała ciotka Mad. Uzyskała lekką przewagę, pomijając milczeniem kilkuminutowe czekanie. Odzyskał ją, nawet nie spojrzawszy na jej garsonkę od Knuepfego. Potem zrzucił sterty szarych jedwabi na podłogę, gdzie opadły z westchnieniem, tracąc pyszność.

Rzekł:
- Pozwoliłem sobie wejść niespodziewanie, żeby zobaczyć Contessinę obecnej generacji taką jaka jest, to znaczy, gdy, jako młoda kobieta, jest nieświadoma czyjejkolwiek obecności.

- Nie kwestionuję pańskiego sposobu prowadzenia interesów - powiedziała ciotka Mad ostro.

Zatrzymał na niej melancholijne spojrzenie, jakby jeden rozbitek patrzył na drugiego.
- Contessa, ostatni raz szyłem dla pani w 1921 roku. Kreacja wieczorowa, z czesuczy w blado-biszkoptowym kolorze, z pasem z jedwabnej satyny, z naszytym motywem florenckich lilii. Pas zaburzał linię i pozostawało mieć nadzieję, że nigdy nie będzie noszony.

- Dobrze, i co pan proponuje dla mojej bratanicy?

Parenti po raz pierwszy zwrócił się do Chiary.

- Będzie panienka łaskawa wstać.

Chiara wstała trzymając ręce prosto wzdłuż ciała przysłuchując się odgłosom dobiegającym ze szwalni przez korytarz. Choć nie była o to proszona, zaczęła nieznacznie przechadzać się tam i z powrotem, mając poczucie, że to musi być właściwe zachowanie w takim miejscu, ale Parenti bardzo delikatnie poprosił ją o zatrzymanie się.

- Proszę tylko stać bez ruchu, Contessina, ja powiem co dalej.

Minęła cała minuta w ustawicznym trajkotaniu maszyn do szycia.

Potem Parenti, przypatrujący się jej z głęboką zawodową uwagą, lekko uniósł ręce, które wnet opadły, odwrócił się od niej prawie o 45 stopni i powiedział cicho:

- Nie mogę nic uszyć dla niej. Nie potrafi nosić kreacji Parentiego.


                                   Portrait of Miss Muriel Gore in a Fortuny Dress, 1919 by Oswald Birley. Źródło obrazu. 

***

A year ago, when she was sixteen, without previous explanation and without at all being able to afford it, Aunt Mad had taken her to have dress made for her at Parenti. A Parenti was still, in 1950s, what it had been in 1920s, a dress recognizable at once and anywhere dresses weee worn, and recognizing, in turn, no style but its own. But by this time Vittorio Parenti did scarcely any cutting at all, and his confezione might be described as mere sacks, long or short. The secret (as with Fortuny) lay in material. Parenti silk (he made only in Italian silk) was woven and finished in his own backstreet factory off Via delle Caldaie. The tissue emerged in the finest possible pleats, one half of each pleat going with the gain, the other half against, so that each crease was part of the texture itself and could never become less sharp, indeed it was not a crease, but e change in the silk's direction. The output of the ramshackle factory could only be compared to legend's least probable materials, the cloak woven of the west wind, or the wedding dress that would go through a ring. It was, of course, strictly and exclusively for the use of the house, and when the lengths arrived in the sewing-room there were instructions that all the cut-offs should be destroyed. These instructions, however, were not accompanied by high pay for the employees, who were obliged to sell what thy could and there must still be numberless bits and pieces of Parenti silk in Florence, doing duty as lining or a patch on heaven knows what, but still giving themselves away by their pale glowing colours and the trace of the inimitable pleats.

Chiara dreaded "good" cothes, and consoled herself with the thought that at least a Parenti dress (which could never be hand up, but must be kept folded and twisted on a shelf) wouldn't be, in the ordinary sense, "good". There were a very few "good" clothes left among her aunt's possessions. They had concealed stiffenings, weighted hems, curious straps and supports, taped waists, which meant that even on the hanger they presented a rigid and forbidden human shape. Aunt Mad, to take her to the appointment, wore an ancient black outfit of that kind, a Viennese suit by Knuepfe. Chiara was in he English school uniform. For the moment her anxiety was swallowed up by the fear that she might, by some outside chance, meet someone else from the convent and suffer the disgrace of being seen in uniform during the holidays.

Parenti received his clients, as he has always done, in a building next to his factory. He had known difficult times, for which he was now given credit. Since the night in 1923 when the Fascist youth had shot out the street-lights in the Oltrarno he had never consented to make anything for the women of the Party officials. (On the other hand, it might well be that the new political order had not appreciated his clothes.)

The house had no name plate or bell, and nothing written up either on the outer or the inner glass door or on the wall inside. One ought to know one's way, or not to venture up these dark stairs. But the establishment had no secrets. The second floor landing led straight through the two sewing rooms and the pressing room. Every face at the ironing tables looked up at them for a moment as they passed, and then bent down again. I hope there's another way out of here, Chiara thought.

They were kept waiting in a little place which was certainly not a fitting room, since there were no looking-glasses. Armfuls of silk, all in different shades of tender grey, were thrown down on a row of chairs. Without moving them, there was nowhere to sit down, and even Aunt Mad couldn't bring herself to disturb them.

'He isn't expecting us, aunt, he's forgotten, let's go home.'

"Contessa! Contessina!'

Parenti had come into the room behind their backs. He looked much older and much smaller than in his photographs and very tired, still able, but surely only just, to sustain the fatigue of being Parenti. And yet it wasn't studied performance, since the old maestro had never had any pretence to make.

'Commendatore, I want to introduce you to my niece, Chiara Ridolfi,' said Aunt Mad. By choosing not to complain about the five minutes wait, she had gained a little advantage. By refusing even to glance at her Knuepfe suit, he had recovered it. Now he swept the piles of grey silk to the ground, where they whispered into a diminished heap.

He said: 'I took the liberty of coming in unexpectedly just now so that I could see the Contessina of the present generation as she really is, I mean when, as a young woman, she is unaware of anyone else.'

'I don't question the way you conduct your business, Parenti,' said Aunt Mad sharply.

He turned full upon her his  melancholy gaze, as of one survivor to another. 'Contessa, I last made for you in 1921. For the evening, in pale biscuit-coloured pongee silk, with a belt in matching silk satin, applied with motifs of the Florentine lily. The belt interrupted the line, and one hoped it would never be worn.'

'Good, and what do you suggest for my niece?'

For the first time Parenti turned to Chiara.

'Please do me the favor to stand up.'

So Chiara stood up, with her arms straight down by her sides, and half-listening to the whine and mutter from the sewing rooms down the corridor. Without being asked to, but feeling that perhaps it was the right thing to do in a fashion house, she began to walk up and down a little, but very gently Parenti asked her to stop. 'Just keep quite still, Contessina, then I will tell you what to do next.' A whole minute, not less than that, passed by to the restless chattering of the Necchis.

Then Parenti, who had been looking at her with deep professional attention, raised his hands a little, let them fall, turned away from her at the angle of almost forty-five degrees, and said quietly, 'I cannot make for her. She could not wear a Parenti.'

wtorek, 26 grudnia 2017

E. M. Delafield - Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 9


1 stycznia 1930.—Wydajemy własne przyjęcie dla dzieci. Bardzo, bardzo męczące przedsięwzięcie dodatkowo skomplikowane burzową pogodą, przez co połowa gości nie dotarła, na domiar złego byłam nękana obawą co do przybycia magika.

Postanawiam podać dzieciom herbatę w jadalni, a dorosłym w gabinecie i zwolnić bawialnię dla zabaw i pokazu magika. Pomniejsze meble z bawialni trafiły do mojej sypialni, gdzie bez przerwy na nie wpadam. Donice z cebulkami przeszkadzały wszystkim, więc zostały usunięte na gzymsy okienne, co Mademoiselle skomentowała: "Tiens! ça fait un drôle d'effet, ces malheureux petits brins de verdure!" Ten opis wcale mi się nie podoba.

Dzieci z najbliższej plebanii zjawiły się za wcześnie, więc zostały zaprowadzone do świecącej pustkami bawialni. Wejście Vicky w nowej odświętnej zielonej sukience z czterema balonami uratowało sytuację.

(Pod rozwagę: Jaki jest powód tego, że rodziny duchownych zawsze są niepunktualne, zjawiając się albo jako pierwsze, albo jako ostatnie na każde zgromadzenie, na które są proszone?)

Uderza mnie rozmaitość zachowań prezentowanych przez matki, niektóre są tak pomocne w organizacji zabaw i zgłaszaniu pomysłów, inne po prostu siedzą bezczynnie. (N.B. Gwoli dokładności muszę raczej powiedzieć „stoją bezczynnie”, bo krzeseł szybko zabrakło). Zawsze, gdy to możliwe, staram się wysyłać Robina i Vicky na przyjęcia samych, ponieważ dzieci bez rodziców są o wiele bardziej pożądane z punktu widzenia gospodarzy. Mam pewne trudności w powadzeniu zabawy „Jawor, jawor, jaworowi ludzie”, ponieważ usiłuję równocześnie udawać inteligentne zainteresowanie uwagami jednej z wizytujących matek na temat wystawy malarstwa włoskiego w Burlington House. Przyłapuję się na tym, że wyrażam nader pochlebne zdanie o obrazach, których tak naprawdę wcale nie widziałam. Zdaję sobie sprawę, że należy to jak najszybciej sprostować, jednak tego nie robię i nieuchronnie popadam w zupełnie niezamierzoną sieć kłamstw. Powinnam rozważyć, jak dalece jestem moralnie odpowiedzialna za taki stan rzeczy, ale nie mam czasu.

Herbata wypadła dobrze. Mademoiselle urzędowała w jadalni, ja w gabinecie. Robert i samotny starszy ojciec (bardziej podobny do dziadka) stali w drzwiach i rozmawiali o polowaniu i o ostatniej elekcji generalnej w przerwach między podawaniem herbaty.

Magik przybył późno, ale miał duże powodzenie u dzieci. Na koniec są prezenty wyjmowane z kosza z trocinami, z którego więcej trocin wysypało się na dywan, dziecięce ubrania i rozleciało się po całym domu, niż pierwotnie do niego nasypano. To dziwne, ale zauważyłam podobny fenomen wcześniej.

Goście rozchodzą się między siódmą a wpół do ósmej i Robin wypuszcza Helen Wills i psa, które były zamknięte ze względu na petardy, z czego nie były zadowolone.

Robert i ja spędziliśmy wieczór pomagając służącym przywrócić porządek i próbując przypomnieć sobie, do jakich bezpiecznych miejsc odstawiliśmy popielniczki, zegary, ozdoby i atrament.

3 stycznia.—Polowanie z psami w wiosce. Robert zgadza się zabrać Vicky na kucyku. idę z Robinem i Mademoiselle do urzędu pocztowego zobaczyć, jak wyrusza polowanie; Robin przez cały czas papla o Oliverze Twiscie, nie wspominając słowem o polowaniu od początku do końca, i patrzy na konie, psy i myśliwych z jednakową obojętnością. Jestem pod wrażeniem jego odporności na wpływy zewnętrzne, ale czuję, że za tym może kryć się głębokie Freudowskie znaczenie. Czuję także, że Robert miałby o tym zupełnie odmienne zdanie.

Pokaźna liczba spotkanych polujących sąsiadów mówi do Robina: „Nie jesteś konno?”, co brzmi naprawdę bezsensownie, i pyta mnie, czy ostatnio straciliśmy dużo drzew nie czekając na odpowiedź, ponieważ tak naprawdę chcą mówić o tym, ile drzew stracili oni sami.

Mademoiselle patrzy na psy myśliwskie i mówi: "Ah, ces bons chiens!"; podziwia także konie: "quelles bêtes superbes"—ale rozsądnie trzyma się z dala od pierwszych i drugich, w czym idę za jej przykładem.

Vicky wygląda ślicznie na kucyku więc jako matka otrzymuję komplementy, które przyjmuję lekko z odcieniem niedowierzania, żeby pokazać, że jestem nowoczesna i nie robię zbytniego zamieszania wokół dzieci.

Polowanie wyrusza, Mademoiselle zauważa: "Voilà bien le sport anglais!", Robin mówi: "Czy możemy już iść do domu?" i je czekoladę. Wracamy do domu; piszę zamówienie do domów towarowych, kartkę do masarza, dwa listy w sprawach Instytutu kobiecego, jeden list w sprawie harcerek, notkę do dentysty z prośbą o umówienie na wizytę w przyszłym tygodniu oraz robię notatkę w terminarzu, że muszę złożyć wizytę pani Somers w Grange.

Jestem przerażona i nie mogę uwierzyć, że to wszystko zajęło mi cały poranek.

Robert i Vicky wracają późno, Vicky jest oblepiona błotem od stóp do głów, ale poza tym w zupełnym porządku. Mademoiselle zabiera ją i więcej nie mówi o le sport anglais.


4 stycznia.—Piękny dzień, powietrze bardzo łagodne, co podpowiada mi, że można śmiało liczyć na to, że pani Somers będzie na spacerze, więc udaję się z wizytą do Grange. Przeciwnie, jest w domu. Znajduję ją w bawialni, jest ubrana we wzorzystą aksamitną sukienkę, która, jak natychmiast pomyślałam, wyglądałaby ślicznie na mnie. Nic nie wskazuje na Pszczoły w pobliżu, ale szykuję się do inteligentnego zapytania o nie, gdy pani Somers niespodziewanie mówi, że jej Matka jest tu i zna moją przyjaciółkę z lat szkolnych Cissie Crabbe, która mówi, że jestem taka zabawna. Matka wchodzi —ma bardzo elegancką marsylską ondulację—(nie mogę wyobrazić sobie, gdzie mogła się ufryzować, chyba że dopiero co wróciła z Londynu)—i ogólne rozeznanie, jak należy ubierać się na wsi. Została mi przedstawiona —jej nazwisko brzmi zupełnie jak Eggchalk, ale nie sądzę, że jest to możliwe —i mówi, że zna moją przyjaciółkę z lat szkolnych pannę Crabbe, w Norwich, i dużo słyszała o tym, jak bardzo, jestem zabawna. Jestem kompletnie sparaliżowana i nie znajduję nic innego do powiedzenia poza uwagą, że pogoda ostatnio była dość gwałtowna. Wychodzę jak najszybciej.

środa, 15 listopada 2017

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 8

Jest połowa listopada,w galeriach handlowych już pojawiły się choinki, a ja wracam do świątecznych klimatów "Z pamiętnika prowincjonalnej pani" Delafield.

Poprzednie odcinki.



19 grudnia.—Zakupy przedświąteczne b. wyczerpujące. W magazynach Army and Navy zmroziło mnie, że zgubiłam Listę Prezentów Świątecznych, ale ostatecznie wpadłam na jej ślad w Dziale Książki Dziecęcej. Skoro już tam byłam, wybrałam książkę dla kochanego Robina i po raz kolejny pożałowałam, że Vicky tak zdecydowanie zażyczyła sobie zabawkową cieplanię i nic innego. Jest ewidentnie nie do dostania. (Ku pamięci: Wykorzystać najbliższą okazję i sprawdzić opowieść o jaju Roka, żeby opowiedzieć Vicky).

Rose mówi: "Sprawdź w Selfridge's." Po protestach udaję się tam, znajduję cudowną – choć drogą – zabawkową cieplarnię i niepatryotycznie kupuję ją bez wahania. Postanawiam nie wspominać o tym Robertowi.

Wybieram stosowne podarunki dla Rose, Mademoiselle, Williama i Angeli (spędzają z nami Święta, toteż prezenty nie mogą pozostać w pułapie cenowym kalendarza) oaz drobiazgi dla reszty. Nie umiem dokonać wyboru między mikroskopijnym notesem i naprawdę piękną kartką dla Cissie Crabbe, ostatecznie decyduję się na notes, ponieważ mieści się do zwykłej koperty.

20 grudnia.—Rose zabrała mnie na sztukę St. John Ervine'a i jestem b. rozbawiona. Niechcący podsłuchałam rozmowy dwóch pań w parterze, jedna pyta drugiej: dlaczego nie napiszesz sztuki, moja droga? No wiesz, odpowiada jej koleżanka, to nie jest takie łatwe, jak się ma tyle rzeczy na głowie, znaleźć czas. Padłam. (Pod rozwagę: Czy sama mogłabym napisać sztukę? Czy wszyscy moglibyśmy pisać sztuki, gdybyśmy tylko mieli czas? Po gruntownym przemyśleniu dochodzę do wniosku, że mieszkanie w jednym hrabstwie z panem St. J. E. nie jest wystarczającą podstawą, żeby napisać do niego z zapytaniem, jak znajduje czas na pisanie sztuk.)

22 grudnia.—Wracam do domu. Jedna cebulka częściowo kwitnie, ale niezadowalająco.

23 grudnia.—Odbieramy Robina na węźle kolejowym. Zgubił bilet, paczkę kanapek i chusteczkę do nosa, natomiast ma przy sobie wielki drewniany kufer z półeczką na zawiasach w środku. Rozumiem, że to stanowi owoc Warsztatów Stolarskich – drogich zajęć dodatkowych w szkole – i jest prezentem gwiazdkowym. Tylko czekać, aż pojawi się toto na rachunku za naukę.

Robin absolutnie nie może się obejść bez nagrania gramofonowego pod tytułem "Is Izzy Azzy Wozz?" (N.B. Często nawiedza mnie niepokojąca myśl, że kochane dzieci są pozbawione jakiegokolwiek wyczucia estetycznego, czy to w sztuce, literaturze czy muzyce. To przekonanie umacnia się po wysłuchaniu czternaście razy z rzędu utworu "Is Izzy Azzy Wozz?", po tym, jak udało mi się zdobyć nagranie.)

Jestem b. poruszona entuzjastycznym przywitaniem się Robina i Vicky. Mademoiselle mówi, "Ah, c'est gentil!" i wyciąga chusteczkę, co uważam za przesadę, szczególnie że po półgodzinie zjawia się u mnie ze skargą, że R. i V. weszli na belki i strząsają tynk z sufitu pokoju dziecięcego. Perswaduję im z dołu. Śpiewają "Is Izzy Azzy Wozz?". Martwię się, gdyż na nowo utwierdzam się w przekonaniu, że żadne z nich nie ma słuchu muzycznego i mieć nie będzie.

Przybycie Williama and Angeli, wpół do trzeciej. Byłoby dobrze przyspieszyć herbatę, ale czuję, że to zdenerwuje służbę, więc zamiast tego oferuję, że zaprowadzę ich do pokojów, które już bardzo dobrze znają. Wymieniamy wiadomości o rodzinie. Zjawiają się Robin i Vicky wciąż śpiewając "Is Izzy Azzy Wozz?" Angela zauważa, że dzieci urosły. Z wyrazu jej twarzy wnioskuję, że uważa je za okropne i bardzo źle wychowane. Opowiada mi o dzieciach z domu, w którym ostatnio gościła. Wydają się wzorami schludności, inteligencji i wdzięku. Poza tym A. dodaje, całkiem niepotrzebnie, że są bardzo muzykalne i ładnie grają na pianinie.

(Ku pam.: Posiłek to najbardziej zadowalający sposób zabawiania gości. Najchętniej skróciłabym przerwę między herbatą a kolacją – lub wprowadziłabym dodatkowy podwieczorek w międzyczasie.)

Przy kolacji znów rozmawiamy o rodzinie i pytamy się nawzajem, czy coś w końcu słychać o biednym Frederiku i jak się układa w małżeństwie Molly i czy Babcia znów rozważa wyjazd na wschodnie wybrzeże w lecie. Jestem poirytowana, bowiem Robert i William przesiadują w jadalni prawie do dziesiątej, przez co służba jest spóźniona.

24 grudnia.—Zabieram całą rodzinę na dziecięce przyjęcie wigilijne w pobliskiej parafii. Robin mówi „do diaska” trzy razy w obecności proboszcza – wyrażenie, nigdy nie używane przez niego wcześniej ani później, najwyraźniej specjalnie zarezerwowane na tę niezręczną okazję. Pod innymi względami przyjęcie jest nadzwyczaj udane, poza tym, że znów spotykam nową mieszkankę Grange, której wciąż nie złożyłam wizyty. To niejaka pani Somers, podobno trzyma pszczoły. Siedzimy obok siebie przy herbacie; nie potrafię powiedzieć nic o pszczołach poza pytaniem, czy je lubi, co brzmi jak kiepska zagadka, więc pozostaje niewypowiedziane, i zamiast tego mówię o prywatnych szkołach podstawowych (zauważam ciekawą prawidłowość, że żadne z dwóch rozmawiających o szkołach rodziców najwyraźniej nigdy nie słyszało o szkole tego drugiego.  Pod rozw.: Czy wskazuje to na zbyt dużą liczbę takowych przybytków w okolicy?)

Po kolacji szykuję prezenty gwiazdkowe dla dzieci. William niefortunnie nadeptuję na szklany drobiazg z lalkowego wyposażenia domu dla Vicky, ale szarmancko oferuje rekompensatę w postaci szylinga, czego stanowczo odmawiam. Dyskusja na ten temat przedłuża się. O dwudziestej trzeciej dzieci są wciąż na nogach. Angela proponuje partię bridge’a i pyta, kim jest ta pani Somers, poznana w parafii, która podobno zna się na pszczołach? (A. najwyraźniej lepiej ode mnie orientuje się w urokach towarzyskich, jednak nie wypowiadam tej uwagi na głos.)

Boże Narodzenie.—Świąteczne, acz wyczerpujące Boże Narodzenie. Robin i Vicky zadowoleni ze wszystkiego i spędzają większość dnia jedząc. Vicky prezentuje cioci Angeli kwadratowy rąbek płótna z niebieskim osiołkiem wyszytym haftem krzyżykowym. Nie wiem, czy przepraszać za ten podarunek, ostatecznie postanawiam pominąć to milczeniem i napomknąć Mademoiselle, że inny wzór byłby bardziej pożądany.

Dzieci są chyba za bardzo en évidence, ponieważ Angela, w okolicach herbaty, zaczyna opowiadać, że mali Maitlandowie mają tak cudny pokój dziecięcy, że zawsze spędzają w nim cały dzień, chyba że wychodzą na długie spacery z guwernantką i psami.

William pyta czy ta pani Somers jest jedną z tych z Dorsetshire — ta, co zna się na pszczołach.

Notuję sobie, że naprawdę muszę udać się z wizytą do pani S. już w przyszłym tygodniu. Przed wizytą koniecznie poczytać o pszczołach.

Indyk i legumina ze śliwkami na zimno wieczorem, żeby służba odpoczęła. Angela patrzy na cebulki i mówi: Co też kazało mi myśleć, że rozkwitną na Święta? Nie odpowiadam na to i proponuję, żebyśmy wszyscy poszli spać wcześniej.

27 grudnia.—Wyjazd Williama i Angeli. Lekki szok, wywołany około jedenastej przez Angelę, która pyta, czy wiem, że to ona wygrała nagrodę główną w ubiegłotygodniowym konkursie Time and Tide, występując pod pseudonimem Inteligencja. Oczywiście, nie miałam o tym pojęcia, ale gratuluję jej nie wspominając, że sama również brałam udział w tym konkursie – bez powodzenia.

(Pod rozw.: Czy Organizatorzy Konkursu są zawsze w porządku, jeżeli chodzi o ocenę walorów literackich? Możliwe, że ich zdolność osądu jest zaburzona na skutek przepracowania.)

Kolejne przyjęcie dla dzieci tego popołudnia, zbyt wielkie i skomplikowane. Matki w czarnych kapeluszach stoją i rozmawiają ze sobą o ogrodach, książkach i trudnościach w zatrzymaniu służby na wsi. Herbata jest niewzruszenie przekazywana po sali, póki dzieci są zgromadzone w innym pokoju. Vicky i Robin zachowują się grzecznie, więc chwalę ich w drodze do domu, jednak później dowiaduję się, że Mademoiselle znalazła w kieszeni odświętnej sukienki Vicky całą kolekcję czekoladowych ciastek.


(Ku pam.: Czy nie należałoby uświadomić Vicky, że takie zachowanie świadczy o braku inteligencji oraz manier, higieny i zwyczajnej uczciwości?)

sobota, 14 października 2017

Kilka słów o dumie i honorze

Przyczynek do tego, że tak cenione obecnie duma ("Polacy to dumny naród"), honor i bohaterstwo (a de facto militaryzm) plus patriotyzm w najbardziej tandetnym wydaniu - nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, a hasło "Bóg, honor, ojczyzna" jest sprzeczne w sobie. Islandczycy zdawali sobie z tego sprawę już w XIII wieku i nigdy nie przestali czytać o tym w sagach (zresztą czytelnictwo w Islandii sięga ponad 90%).

Perhaps, in the last resort of definition, we might call Njal's Saga a homily.Throughout the saga there is a bitter conflict between the forces of good and evil; physical violence is the symptom of this constant friction.In the saga, evil is consistently generated by self-aggrandisement, by the attempt to gain power or wealth [...] 
In this homily, the only answer to the violence aroused by evil is active will towards good. Christianity comes to Iceland half-way through the action; and it is the Christian virtues of self-sacrifice and humility that eventually stem the tide of evil, not the pagan virtues of heroism and pride. Njal, with his weird pagan prescience and his complex intelligence, is powerless against the doom he foresees for his friend Gunnar and himself, and only broadens the scope of catastrophe by his efforts to avert it; it is only when he resigns himself to the new God, when he abandons his devious scheming and sacrifices himself and his violent sons in the fire at Bergthorsknoll, that the possibility of resolution emerges. [...] 
Ultimately, there is an indictment of violence, and of the way of life that fostered it. Behind the rather wistful vision of past heroism lies recognition of the endless strife it provoked. It was pride that helped to spread the poison of violence, the affronted pride even of good men like Gunnar; such fierce preoccupation with honour was bound to lead to bloodshed. Throughout the saga "good" men and "worthy" men try hard to settle disputes peacefully, to find solutions that satisfy the "honour" of all concerned; but too often these efforts are frustrated by someone's pride.We can see this operating at its baldest in Chapter 91: Njal knows that his sons' quarrel with Thrain will have disastrous effects, but he realizes, too, that they have mortgaged their pride by making the quarrel public, and that therefore he must help them get public satisfaction. His contribution is merely to prearrange fresh provocation for the inevitable killing. It is a pattern of behaviour all too familiar, even today. 
Magnus Magnusson, Introduction to Nial's Saga, 1959

Być może, skoro inne definicje zawodzą, najlepiej nazwać Sagę o Njalu homilią. Saga jest osnuta wokół zaciętego konfliktu między siłami dobra i zła; a przemoc fizyczna jest objawem ich nieustannych starć. Tym, co niezmiennie generuje zło w sadze jest czyjeś wywyższanie się, próby zdobycia władzy lub bogactwa. [...] 
Jedyną odpowiedzią na przemoc wywołaną przez zło w tej homilii jest czynna wola ku dobru. Chrześcijaństwo przychodzi do Islandii w połowie opowiadanej historii, ale to chrześcijańskie cnoty poświęcenia i pokory a nie pagańskie cnoty bohaterstwa i dumy ostatecznie tamują falę zła. Njal z jego nadprzyrodzonym darem przepowiedni i złożoną inteligencją jest bezsilny wobec losu, który - widzi to jasno - ma spaść na niego i jego przyjaciela Gunnara, a gdy próbuje ten los odwrócić, jedynie zwiększa skalę katastrofy. Dopiero gdy Njal poddaje się nowemu Bogu, porzuca knowania i składa ofiarę z siebie i swych gwałtownych synów w pożarze w Bergthorsknoll, pojawia się możliwość rozwiązania konfliktu. [...] 
Zasadniczo, jest to oskarżenie przemocy i sposobu życia, który ją napędza. Tęsknotą za bohaterstwem z dawnych czasów nie przesłania świadomości, że jest ono zarzewiem nie kończących się zwad. Duma przyczynia się do rozprowadzenia jadu przemocy, urażona duma nawet dobrego człowieka jak Gunnar, przewrażliwienie na punkcie honoru niechybnie prowadzą do rozlewu krwi. Przez całą sagę "dobrzy" i "wartościowi" ludzie próbują rozstrzygać spory pokojowo, znajdować rozwiązania czyniące zadość "honorowi" wszystkich zainteresowanych, ale te próby co i rusz spełzają na niczym, kiedy w grę wchodzi czyjaś duma. Widzimy to w całej okazałości w rozdziale 91: Njal wie, że kłótnia jego synów z Thrainem doprowadzi do nieszczęścia, ale zarazem zdaje sobie sprawę, że upubliczniając konflikt rzucili oni na szalę swoją dumę, więc musi pomóc im w uzyskaniu publicznej satysfakcji. Ogranicza się do tego, że dostarcza świeżej prowokacji do nieuniknionego zabijania. Ten sposób zachowania jest zbyt dobrze znany, nawet w obecnych czasach. 
Magnus Magnusson, Wprowadzenie do Sagi o Njalu, 1959

sobota, 16 września 2017

"Przyznaję się, że bliżej mi do Ostrowskiego niż do Byrona. (Są momenty, kiedy czuję się Szekspirem)..."

Although for a writer to mention his penal experiences - or
for that matter, any kind of hardship - is like dropping names
for normal folk, it so happened that my next opportunity to pay
a closer look at Auden occurred while I was doing my own time
in the North, in a small village lost among swamps and forests,
near the polar circle. This time the anthology that I had was
in English, sent to me by a friend from Moscow. It had quite
a lot of Yeats, whom I then found a bit too oratorical and 

sloppy with meters, and Eliot, who in those days reigned supreme 
in Eastern Europe. I was intending to read Eliot.


But by pure chance book opened at Auden's In memory of
W. B. Yeats.

(Josif Brodski, To please a Shadow, 1983)  

Dla pisarza wspomnienie o własnych przeżyciach penitencjarnych
 - jak o wszelkich próbach życiowych, przez jakie przeszedł - 
jest wprawdzie czymś takim jak w pzypadku normalnych ludzi
popisywanie się znajomościami, tak się jednak złożyło, że następna
okazja bliższego przejrzenia się Audenowi pzypadła mi w trakcie
mojego zesłania na Północ, w małej wiosce pdo kęgiem polarnym
zagubionej wśród bagien i lasów. Tym razem w moim posiadaniu 
znalazła się antologia w języku angielskim, przysłana mi przez przyjaciela
z Moskwy. Było w niej sporo Yeatsa, który wydawał mi się wtedy 
trochę zbyt retoryczny i rytmicznie rozlazły, oraz Eliota, który w owych
czasach królował w Europie Wschodniej niepodzielnie. Miałem zamiar
czytać Eliota.

Czystym przypadkiem jednak książka otwarła się na wierszu Audena
"Pamięci W. B. Yeatsa".

(Josif Brodski, Sprawić przyjemność cieniowi, przeł. Stanisław Barańczak)


List Josifa Brodskiego do Lwa Gordina, 13.06.1965. 

Jak dla mnie, młody Brodski bardzo trafnie opisuje w nim wiersz angielski, który później opanuje - pisząc po rosyjsku - do perfekcji.


"Я собираюсь сейчас устроить тебе маленькую Ясную Поляну; мое положение если не обязывает к этому, то позволяет. Точнее: мое расположение, географическое… Если тебе что и мешает сделаться тем, чем ты хотел бы сделаться, так это: 1) идиотские рифмы, 2) восходящая к 30-м годам брутальная инструментовка, 3) плен мнений разных лиц… Поэтому смотри на себя не сравнительно с остальными, а обособляясь. Обособляйся и позволяй себе все что угодно. Если ты озлоблен, то не скрывай этого, пусть оно грубо; если весел – тоже, пусть оно и банально. Помни, что твоя жизнь – это твоя жизнь. Ничьи – пусть самые высокие – правила тебе не закон. Это не твои правила. В лучшем случае, они похожи на твои. Будь независим. Независимость – лучшее качество, лучшее слово на всех языках. Пусть это приведет тебя к поражению (глупое слово) – это будет только твое поражение. Ты сам сведешь с собой счеты; а то приходится сводить счеты фиг знает с кем. А вот кое-что практически (ради Аллаха не сердись на меня). Самое главное в стихах это – композиция. Не сюжет, а композиция. Это разное. У тебя в Мятеже главное тоже композиция ‹"Мятеж безоружных" – моя пьеса о декабристах. – Я. Г.›: попробуй казнь переставить в начало – что получится? Смрад. 

И вот (еще раз прости) что нужно делать. Надо строить композицию. Скажем, вот пример: стихи о дереве. Начинаешь описывать все, что видишь, от самой земли, поднимаясь в описании к вершине дерева. Вот тебе, пожалуйста, и величие. Нужно привыкнуть картину видеть в целом… Частностей без целого не существует. О частностях нужно думать в последнюю очередь. О рифме – в последнюю, о метафоре – в последнюю. Метр как-то присутствует в самом начале, помимо воли, – ну и спасибо за это. Или вот прием композиции: разрыв. Ты, скажем, поешь деву. Поешь, поешь, а потом – тем размером – несколько строчек о другом. И, пожалуйста, никому ничего не объясняй… Но тут нужна тонкость, чтобы не затянуть уж совсем из другой оперы. Вот дева, дева, дева, тридцать строк дева и ее наряд, а тут пять или шесть о том, что напоминает ее одна ленточка. Композиция, а не сюжет. Тот сюжет для читателя не дева, а "вон, что творится в его душе"… Связывай строфы не логикой, а движением души – пусть тебе одному понятным. Они и будут тебе дороги, эти стихи. И от всех мнений избавят. А потом тебе мнений и не захочется. Я, разумеется, понимаю, что ты на все, что я говорил, наплюешь. На здоровье. Но, по крайней мере, будешь это знать, если раньше не знал; а если знал, то вспомнишь лишний раз. Главное – это тот самый драматургический принцип – композиция. Ведь и сама метафора – композиция в миниатюре. Сознаюсь, что чувствую себя больше Островским, чем Байроном. (Иногда чувствую себя Шекспиром.) Жизнь отвечает не на вопрос: что? – а: что после чего? И перед чем? Это главный принцип. Тогда и становится понятным "что". Иначе не ответишь. Это драматургия. Черт знает почему, но этого никто не понимает. Ни холодные люди, ни страстные. Я хотел бы, чтобы ты это понял и запомнил. Даже если не станешь применять. Я бы ужасно хотел, чтобы ты применял.”
*** "Teraz zamierzam ci urządzić małą Jasną Polanę; moja sytuacja jeżeli nie zobowiązuje do tego, to pozwala. Ściślej: moje usytuowanie w przestrzeni... O ile cokolwiek przeszkadza ci w zostaniu tym, kim chciałbyś zostać, to 1) idiotyczne rymy, 2) nawiązująca do lat trzydziestych brutalna instrumentacja, 3) niewola opinii różnych osób... Więc patrz na siebie osobno, nie w porównaniu do innych. Odosobniaj się i pozwalaj sobie na wszystko. Jesteś rozdrażniony - nie ukrywaj tego, niech będzie szorstko; jesteś wesół – tak samo, niech zakrawa o banał.  Pamiętaj, że twoje życie jest twoje. Niczyje – nawet najwznioślejsze – zasady nie są dla ciebie prawem. Bo nie są twoje. W najlepszym razie przypominają twoje. Bądź niezależny. Niezależność to najlepsza cecha, najlepsze słowo w każdym języku. I nawet gdyby doprowadziła cię do porażki (głupie słowo) –będzie to tylko twoja porażka. Sam zdasz sobie sprawę; bo inaczej musisz zdawać sprawę byle komu. I kilka rzeczy praktycznych (na Allacha, nie złość się na mnie). Najważniejsza w wierszu jest kompozycja. Nie treść – kompozycja. To nie to samo. W twojej „Rebelii” <”Rebelia bezorężnych” – sztuka L.G. o dekabrystach> też najważniejsza jest kompozycja: przenieś kaźń na początek – co wyjdzie? Smród.

Więc oto (wybacz ponownie) co trzeba robić. Trzeba budować kompozycję. Weźmy przykład: wiersz o drzewu. Zaczynasz opisywać wszystko, co widzisz, od samej ziemi, zmierzając w opisie do szczytu drzewa. I oto proszę, sięgasz wielkości. Trzeba się przyzwyczaić do ogarniania całości… Szczegół nie istnieje bez całości. O szczegół dbaj w ostatniej kolejności. O rym – na końcu, o metaforę – na końcu. Metrum wejdzie od początku, wbrew woli – dzięki za to. Albo taki chwyt kompozycyjny: urwanie. Opiewasz, dajmy na to, pannę. Opiewasz sobie a potem – tym samym rozmiarem – kilka wersów o czym innym. I błagam, nikomu nic nie wyjaśniaj... Aczkolwiek tu potrzeba precyzji, żeby nie zacząć zupełnie z innej beczki. Więc panna, panna, panna, przez trzydzieści wersów panna i jej ubiór – a potem pięć czy sześć o tym, co ci przypomina jedna jej wstążka. Kompozycja, nie treść. Tą treścią dla czytelnika nie będzie panna, tylko „patrz co mu w duszy gra”... Nie łącz strof logiką, łącz poruszeniem duszy, nawet gdy tylko ty to rozumiesz. Taki wiersz będzie ci drogi. Uwolni cię od wszystkich opinii. Aż sam nie będziesz tych opinii chciał. Oczywiście, mam świadomość, że będziesz miał w nosie to wszystko, o czym się rozpisuję. Na zdrowie. Ale przynajmniej będziesz o tym wiedział, jeżeli wcześniej nie wiedziałeś; a gdybyś już wiedział, to nie zaszkodzi sobie przypomnieć. Najważniejsza jest zasada dramaturgiczna – kompozycja. Przecież i metafora to kompozycja w miniaturze. Przyznaję się, że  bliżej mi do Ostrowskiego niż do Byrona. (Są momenty, kiedy czuję się Szekspirem). Życie nie odpowiada na pytanie: co? tylko na pytanie: co po czym?  przed czym? To najważniejsza zasada. Dopiero wówczas można zrozumieć „co”. Inaczej nie odpowiesz. Dramaturgia. Cholera wie, czemu nikt tego nie rozumie. Ani ci letni, ani ci z pasją. Chciałbym, żebyś to zrozumiał i zapamiętał. Nawet jeżeli tego nie użyjesz. Ale strasznie bym chciał, żebyś użył.”

sobota, 5 sierpnia 2017

Z listu Ariadny Efron do Władimira Orłowa, 15.10.1961 r.

[...] Z Buninem - żywym - pożegnałam się w 1936 r. na wybrzeżu Lazurowym, nieznośnie upalnego, lipcowego dnia, na białym z gorąca podwórku małego, podobnego do sakli i tak samo lgnącego do zbocza góry domku, kupionego z "noblowskich" pieniędzy. Pod palmą, która dawała cienia tyle, co tuzin noży. Niewysoki, muskularny, żylasty, szczupły starzec (ile lat miał wówczas? Nie tak wiele...) o srebrzystej, krótko ostrzyżonej głowie, wydatnym nosie, przeszywających oczach - zdumiewających, rozgrzanych do białości! ubrany w białą płócienną koszulę, białe brezentowe spodnie, obuty w "espadryle" na bosą nogę (i nawet w tym ubraniu elegancki!); mówił do mnie: "No i gdzie ty, głupia, jedziesz? No i po co? Ach, Rosja? А znasz li Rosję? Gdzie cię niesie? Głupia, będziesz pracować w fabryce makaronu... ("dlaczego akurat makaronu, Iwanie Aleksiejewiczu?!") - ma-ka-ronu... Potem trafisz do kozy... ("ja? za co?") - А zobaczysz. Znajdą za co. Kosę ci utną. Będziesz chodzić boso i nabawisz się wielbłądzich pięt!.. ("Ja?! wielbłądzich?!") ... Wiesz, co trzeba? Wiesz? Wiesz? Wiesz? Wyjść za mąż za dobrego - byle nie młody! nie smarkacz! - człowieka i ... pojechać z nim do Wenecji, co? Do Wenecji." I potem długo i beznadziejnie mówił o Wenecji - odpowiadałam, nie słuchał, tylko wpatrywał się przeze mnie w swoją przeszłość i w moją przyszłość; potem wstał z kamiennej ławki, lekko westchnął, powiedział: "No cóż, z Panem Bogiem" i przeżegnał mnie, mocno wciskając ten krzyż w moje czoło i w pierś i w ramiona. Ucałował gorzko i sucho, błysnął oczami, uśmiechnął się: "Gdybym - miał - tyle - lat, co ty - na piechotę bym poszedł do Rosji, nie to, żebym pojechał - i niech to wszystko diabli!

Tym, co "wszystko diabli" była "niepowtarzalna panorama" bajecznego miasteczka Cannes, tam, w dole, i emaliowe morze Śródziemne, i karneolowe góry w oddali, i zachwycająco czyste i puste niebo, i powietrze duszne od woni kwiatów  (nieopodal były olbrzymie plantacje kwiatowe firmy Coty).

Tak, tak. I poszłam, i pojechałam, i było wszystko - oprócz "fabryki makaronu" - o ile nie uznać mojej pracy w "Zjednoczeniu magazynów i gazet" pod kierunkiem Kolcowa za wypuszczanie w świat wyrobów makaronowych -  i oprócz Wenecji. Były i "wielbłądzie pięty", i głowa ostrzyżona do gołej skóry z powodu tyfusa, i nawet mąż - taki, jaki jest darowany raz w życiu, i to nie każdej! Został rozstrzelany w ostatnich dniach bieriowskiego panowania, tuż przed upadkiem tych wszystkich kolosów na glinianych nogach...[...]





środa, 10 maja 2017

William Shakespeare, Sonet XLIII

Gdy snem zaćmione, ostrzej widzą oczy –
Po dniu, co niczym wzroku nie uraczył,
Gdy zasnę, we śnie niech na tobie spoczną,
Niech ociemniałe jasność twa prowadzi.
I ty, czyj cień rozprasza cenie nocy,
Jak masz swym kształtem światłość dnia uświetnić,
Skoro me oczy, światła nie widzące
Cień twego kształtu zdołał opromienić?
I jakiejż oczy me dostąpią glorii,
Gdy cię na żywo ujrzą w chwale dziennej,
Skoro w bezwładzie nocy cień ułomny
W nich, oślepionych, przetrwał sen kamienny.

       Dzień ciemną nocą, aż zobaczę ciebie,
       Noc jasnym dniem, gdy ujrzę cię w marzeniu.

piątek, 24 lutego 2017

W. H. Auden, Lay your sleeping head, my love.../ Wtul śpiące czoło...

Constantin Brancusi, Sleeping Muse, bronze 1909

Wtul śpiące czoło, miła
Ludzka istoto, w niewierne
Me ramię. Czas i maligna
Strawią swoistą piękność
Uważnych dzieci; mogiła
Za ulotnością przemawia.
Lecz niech aż po brzask me ramię
Otula żywe stworzenie
Śmiertelne, winne, lecz dla mnie
Piękne najdoskonalej.

Dusza i ciało nie znają
Granic: kochankom, co na jej
Przychylnym czarownym wzgórzu
W swym upojeniu trwają,
Wenus śle mroczną wizję
Nadziemskiej nadziei, wspólnoty,
Powszechnej miłości; wówczas
Budzi się w skałach i lodzie,
abstrakcyjnie olśniona,
Cielesna ekstaza ascety.

Wierność i zaufanie,
Gdy minie północ, w ciszy
Gasną jak drgania dzwonu.
Modni szaleńcy podnoszą
Głos, recytując nudnie:
Każdy grosz z tego kosztu,
Przez straszne karty wieszczony,
Przyjdzie spłacić, lecz odtąd
Szept już nie pójdzie na stratę,
Spojrzenie, myśl ani dotyk.

Piękności, północ, czar ginie.
Niech wiatry świtu, dmące
Nad śniącym czołem, ukażą
Życzliwy dzień, który serce  
Walące i oko przyjmie.
Niechaj ci świat doczesności
Wystarczy. W południa suszy
Niech żywią cię moce bezwiedne,
Niech przejdziesz przez noce zniewag
Pod okiem ludzkiej miłości. 

niedziela, 25 grudnia 2016

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 7

"Compartment C, Car 293" painted in 1938 by Edward Hopper

16 grudnia.—Pogoda b. sztormowa, powodzie i wiele drzew pospadało pod niewygodnym kątem. Lady Boxe wpadła z wizytą oznajmiając, że wybiera się na południe Francji w przyszłym tygodniu, ponieważ Potrzebuje Słońca. Pyta, dlaczego ja się tam nie wybieram, i porównuje mnie do siedmiu nieszczęść, co, według mnie, jest zupełnie nie na miejscu i dość niemiłe, nawet jeżeli życzliwe w intencji.

Dlaczego po prostu nie wsiąść do pociągu, zapytuje Lady B., nie przejechać przez Francję i nie zanurzyć się w Błękicie Morza, Błękicie Nieba i Letnim Słońcu? Mogłabym odpowiedzieć dobitnie, ale nie robię tego, bo kwestie finansowe najwyraźniej nie pojawiły się na horyzoncie Lady B. (Ku pam.: Ciekawy temat do debaty w Instytucie kobiecym, coś w rodzaju Wyobraźnia nie do pogodzenia z Odziedziczoną Fortuną. Po przemyśleniu sprawy obawiam się, że to trend socjalistyczny.)

Odpowiadam Lady B. nieszczerze, że o wiele bardziej wolę Anglię, nawet w zimie. Błaga, żebym nie pozwoliła sobie popaść w zaściankowość.

Wyjście Lady B. popzedzone licznymi apelami, żebym jednak przemyślała sprawę południa Francji. Gwoli uprzejmości udaję (nieprzekonująco), że się waham i obiecuję zadzwonić do niej w razie, gdybym zmieniła zdanie.

(Pod rozwagę: Czy nie dałoby się wielu przypadków naszego mijania się z prawdą złożyć na karb nietaktownej natarczywości innych?)

17 grudnia, Londyn.—Jadę na zaproszenie kochanej Rose na dwudniowe przedświąteczne zakupy po dłuższej dyskusji z Robertem, który utrzymuje, że Wszystko da się równie dobrze załatwić za pośrednictwem poczty.

Wsiadam do wczesnego pociągu, żeby zyskać dodatkowe popołudnie. Mam ze sobą stary skórzany sakwojaż Roberta, mój własny tkany, mnóstwo chryzantem owiniętych w szary papier dla Rose, paczuszkę z kanapkami, torebkę, futro na wypadek zimna, książkę na podróż i tygodnik ilustrowany uprzejmie wręczony przez Mademoiselle na dworcu. (Pod rozwagę: nasuwa się pytanie: Czy dałoby się obejść bez części tych rzeczy, a jeśli tak, to bez której?)

Umieszczam własne rzeczy na półce i otwieram tygodnik ilustrowany z poczuciem ogromu wolnego czasu płynącym z niecodziennego braku domowych obowiązków.

Jakaś pani wchodzi do przedziału na pierwszym przystanku i zajmuje miejsce naprzeciwko. Ma eleganckie bagaże w umiarkowanych ilościach i oprawiony w czerwoną wytłaczaną skórę tomik Zycie Sir Edwarda Marshall-Hall, również nowiutki i bez stempli bibliotecznych. Co mi przypomina o Lady B. i uruchamia Kompleks Niższości.

Pozostałe miejsca zajmują starszy pan w gamaszach, nieokreślona osobniczka w kratę Burberry, i młodzieniec żywcem wyjęty z rysunków Arthura Wattsa. Młodzieniec przegląda numer Punch, i spędzam sporo czasu rozważając, czy są tam rysunki Arthura Wattsa i czy jest zaskoczony podobieństwem, a jeśli jest, to jak na to reaguje: ubolewaniem czy zadowoleniem.

Z tych bezwartościowych, aczkolwiek przyjemnych rozmyślań wyrywa mnie zamieszanie spowodowane przez starszego pana, który twierdzi, że może przysiąść, że na niego kapie. Wszyscy patrzą na sufit i pani w kratę robi mglistą uwagę na temat bliżej nieokreślonych „rur”, które „zawsze ciekną”. Ktoś inny wyskakuje z wariacką propozycją wyłączenia ogrzewania. Starszy pan odrzuca wszystkie wyjaśnienia i oznajmia, że kapie z półki. Wszyscy patrzymy z przerażeniem na chryzantemy dla Rose, z których miarowo spadają wielkie krople. Zdjęta wstydem, usuwam chryzantemy, przepraszam starszego pana i z powrotem siadam naprzeciwko majestatycznej nieznajomej, która nie nawet nie podnosi głowy od Sir E. Marshall-Hall i bardziej niż przedtym przypomina mi o Lady B.

(Ku pam.: Porozmawiać z Mademoiselle o tym, że wrzucenie kwiatów do wody tuż przed zapakowaniem to nadgorliwość)

Zagłębiłam się w tygodnik ilustrowany. Jestem poinformowana, że lord Toto Finch (na wklejce) popełnił sesję zdjęciową (w załączeniu) Najładniejszych Nóg w Los Angeles, należących do niezrównanej  Dziewczyny z Angielskich Sfer, bliskiej krewnej (a propos) słynnego wyścigowego arystokraty, ojca powszechnie znanych bliźniąt z Salonów (na odwrocie).

(Pod rozwagę: czy nasza prasa popularna schodzi na psy?)

Zwracam uwagę na opowiadanie, jednak zaprzestaję lektury po tym, jak, akurat gdy zaciekawiłam się, odesłano mnie na stronę XLVIIb, której za nic nie jestem w stanie zlokalizować. Zamiast tego zapoznaję się z propozycjami prezentów świątecznych. Pragnę prezentu, zapewnia mnie autorka, osobistego a zarazem stosownego, pięknego, a zarazem trwałego. Więc dlaczego nie wybrać ozdobionego emalią zestawu szczotek do włosów za 94 funty, 16 szylingów i 4 gwinei czy też serwisu kryształowego, dokładnej repliki staroangielskiego szkła rzeźbionego, w przystępnej cenie 34 funtów, 17 szylingów i 9 gwinei?

Dlaczego nie, w rzeczy samej?

Wzruszonam, że w dalszej części osobno wspomniano o Darczyńcy o Skromnych Środkach – aczkolwiek autorska definicja skromnych środków niezupełnie pokrywa się z moją własną. Niech oryginalność pomysłu – powiada autorka – doda charakteru drobnemu podarunkowi. Czyż rzesze moich przyjaciółek nie będą zachwycone propozycją kursu zabiegów pielęgnacyjnych (sześć za 5 gwinei) w Salonie Piękności Madam Dolly Varden na Picadilly na mój koszt?

To, że mogłabym złożyć taką propozycję naszej pani wikariuszowej, a tym bardziej to, że mogłaby ją przyjąć, wykracza poza moją imaginację, więc postanawiam, jak zwykle, ograniczyć się groszowym kalendarzem z widokiem zachodu słońca w górach.

(Z drugiej strony, oddaję się na chwilę czczej fantazji o tym, że sugeruję Lady B. przyjęcie ode mnie w charakterze eleganckiego i stosownego prezentu świątecznego Kursu Ćwiczeń dla Zrzucenia Wagi z towarzyszącym im Kojąco-Pzeciwzmarszczkowym Masażem Twarzy.)

Ćwiczenia imaginacji przerwane przybyciem pociągu do Londynu.

Zmuszonam wziąć taksówkę z dworca, głównie ze względu na chryzantemy (które nie komponują się za dobrze z dwoma sakwojażami i futrem na schodach ruchomych, do których i tak nie mam zaufania i upodobania, i jestem jeszcze bardziej narażona na spektakularną porażkę w Zejściu Ze Schodów Właściwą Nogą), ale po części ze względu na modną lokalizację mieszkania Rose, oddalonego o mile od jakiejkolwiek stacji metra.


Ciepło powitana przez kochaną Rosę, która wyraża się o chryzantemach z najwyższym uznaniem, powstrzymuję się od wzmianki o niefortunnym incydencie ze starszym panem w pociągu.