środa, 2 maja 2018

For girls only - Penelope Fitzgerald, Innocence (fragment)

***

Rok temu, gdy miała szesnaście lat, bez wcześniejszego wyjaśnienia i bez najmniejszej możliwości podołania temu finansowo, ciotka Mad zabrała ją, żeby zamówić suknię u Parenti'ego. Kreacja Parenti'ego w latach 1950-ch nadal, jak w latach 20-ch, cieszyła się natychmiastową rozpoznawalnością, gdziekolwiek pojawiano się w sukienkach, nie uznając, z kolei, żadnego innego stylu poza własnym. Jednak w tym czasie Vittorio Parenti niemal całkowicie zrezygnował z kroju i jego confezione nie dałoby się opisać inaczej jak "zwyczajny worek", długi lub krótki. Sekret (tak jak w przypadku Fortuny'ego) tkwił w tkaninie. Jedwabie Parentiego (szył tylko z włoskich jedwabi) były tkane i wykańczane w jego własnej fabryczce na tyłach Via delle Caldaie. Płótno na wyjściu było jak najdrobniej splisowane, jedna połowa każdej plisy szła z dociągiem wózka, druga w przeciwnym kierunku, więc każda plisa stanowiła teksturę materiału i nigdy nie traciła swej pierwotnej ostrości; właściwie była to nie tyle plisa, co zmiana kierunku jedwabnej nici. Wyroby niepozornej fabryczki przywoływały istniejące tylko w legendach materiały - płaszcz utkany z zachodniego wiatru czy suknię ślubną, którą dało się przewlec przez obrączkę. Były one, rzecz jasna, przeznaczone tylko i wyłącznie dla domu mód i kupony dostarczano do szwalni z poleceniem zniszczenia wszystkich skrawków. Jednakże polecenia te nie szły w parze z wysokimi płacami dla szwaczek, które były zmuszone upłynniać co się da, na skutek czego w całej Florencji było mnóstwo kawałków i ścinków jedwabi Parentiego, służących za podkładki czy łaty dla bóg wie czego, ale wciąż zdradzających swoje pochodzenie dzięki bladym, lekko połyskującym odcieniom i niezrównanym plisom.

"Dobre" ubrania napawały Chiarę przerażeniem, i pocieszała się myślą, że przynajmniej suknia Parentiego (której nie wolno było zawiesić, tylko należało trzymać odpowiednio zwiniętą i skręconą na półce w szafie) nie będzie uchodzić za "dobrą" w zwykłym sensie. Kilka "dobrych" ubrań było w posiadaniu jej ciotki. Miały ukryte usztywnienia, obciążone rąbki, wymyślne rzemyki i mocowania, sznurowane talie, co oznaczało, że nawet na wieszaku prezentowały nieruchomy i zatrważający ludzki kształt. Ciotka Mad zabierając ją na umówione spotkanie założyła wiekowy czarny stój w tym rodzaju, wiedeńską garsonkę od Knuepfego. Chiara miała na sobie angielski szkolny mundurek. Przez moment jej niepokój pochłonęło przerażenie, że mogłaby jakimś nadzwyczajnym trafem spotkać po drodze kogoś od sióstr i narazić się na hańbę bycia zobaczoną w mundurku w czasie wakacji.

Parenti, jak zwykł robić od zawsze, przyjmował klientów w budynku obok fabryki. Doświadczył trudnych chwil, co teraz mógł sobie powetować. Od tamtej nocy w 1923 roku, gdy faszystowska młodzież rozstrzelała latarnie uliczne w Oltrarno, nigdy nie zgodził się uszyć czegokolwiek dla kobiet partyjnych oficjeli. (Inna sprawa, że nowy polityczny porządek mógł po prostu nie doceniać jego ubrań).

Na budynku nie było szyldu ani dzwonka, żadnych napisów na zewnętrznych ani na wewnętrznych szklanych drzwiach ani na ścianach w środku. Przybysz musiał znać drogę albo nie zapuszczać się na te ciemne schody. Ale w samym zakładzie z niczego nie robiono tajemnicy. Z klatki drugiego piętra wchodziło się prosto do szwalni składającej się z dwóch pomieszczeń i do prasowalni. Każda twarz pochylona nad prasowalnicą podniosła się, przez chwilę patrząc, jak przechodzą, i znów się pochyliła. "Mam nadzieję, że jest tu inne wyjście", pomyślała Chiara.

Musiały czekać w niewielkim pokoiku, który na pewno nie był przymierzalnią, ponieważ nie było w nim lustra. Naręcza jedwabi w różnych odcieniach delikatnej szarości były rzucone na rząd krzeseł. Nie dało się usiąść nie przesuwając ich, i nawet ciotka Mad nie zdobyła się na to, żeby je ruszyć.

- Nie spodziewa się nas, ciociu, zapomniał, chodźmy do domu.

- Contessa! Contessina!

Parenti wszedł do pokoju za ich plecami. Wyglądał na znacznie starszego i mniejszego niż na zdjęciach, i na bardzo zmęczonego, wciąż zdolny, ale ledwo co, unosić ciężar bycia Parentim. Jednak nie była to wyuczona poza, bowiem stary maestro nie potrzebował gry pozorów.

Commendatore, pragnę przedstawić panu moją bratanicę Chiarę Ridolfi - powiedziała ciotka Mad. Uzyskała lekką przewagę, pomijając milczeniem kilkuminutowe czekanie. Odzyskał ją, nawet nie spojrzawszy na jej garsonkę od Knuepfego. Potem zrzucił sterty szarych jedwabi na podłogę, gdzie opadły z westchnieniem, tracąc pyszność.

Rzekł:
- Pozwoliłem sobie wejść niespodziewanie, żeby zobaczyć Contessinę obecnej generacji taką jaka jest, to znaczy, gdy, jako młoda kobieta, jest nieświadoma czyjejkolwiek obecności.

- Nie kwestionuję pańskiego sposobu prowadzenia interesów - powiedziała ciotka Mad ostro.

Zatrzymał na niej melancholijne spojrzenie, jakby jeden rozbitek patrzył na drugiego.
- Contessa, ostatni raz szyłem dla pani w 1921 roku. Kreacja wieczorowa, z czesuczy w blado-biszkoptowym kolorze, z pasem z jedwabnej satyny, z naszytym motywem florenckich lilii. Pas zaburzał linię i pozostawało mieć nadzieję, że nigdy nie będzie noszony.

- Dobrze, i co pan proponuje dla mojej bratanicy?

Parenti po raz pierwszy zwrócił się do Chiary.

- Będzie panienka łaskawa wstać.

Chiara wstała trzymając ręce prosto wzdłuż ciała przysłuchując się odgłosom dobiegającym ze szwalni przez korytarz. Choć nie była o to proszona, zaczęła nieznacznie przechadzać się tam i z powrotem, mając poczucie, że to musi być właściwe zachowanie w takim miejscu, ale Parenti bardzo delikatnie poprosił ją o zatrzymanie się.

- Proszę tylko stać bez ruchu, Contessina, ja powiem co dalej.

Minęła cała minuta w ustawicznym trajkotaniu maszyn do szycia.

Potem Parenti, przypatrujący się jej z głęboką zawodową uwagą, lekko uniósł ręce, które wnet opadły, odwrócił się od niej prawie o 45 stopni i powiedział cicho:

- Nie mogę nic uszyć dla niej. Nie potrafi nosić kreacji Parentiego.


                                   Portrait of Miss Muriel Gore in a Fortuny Dress, 1919 by Oswald Birley. Źródło obrazu. 

***

A year ago, when she was sixteen, without previous explanation and without at all being able to afford it, Aunt Mad had taken her to have dress made for her at Parenti. A Parenti was still, in 1950s, what it had been in 1920s, a dress recognizable at once and anywhere dresses weee worn, and recognizing, in turn, no style but its own. But by this time Vittorio Parenti did scarcely any cutting at all, and his confezione might be described as mere sacks, long or short. The secret (as with Fortuny) lay in material. Parenti silk (he made only in Italian silk) was woven and finished in his own backstreet factory off Via delle Caldaie. The tissue emerged in the finest possible pleats, one half of each pleat going with the gain, the other half against, so that each crease was part of the texture itself and could never become less sharp, indeed it was not a crease, but e change in the silk's direction. The output of the ramshackle factory could only be compared to legend's least probable materials, the cloak woven of the west wind, or the wedding dress that would go through a ring. It was, of course, strictly and exclusively for the use of the house, and when the lengths arrived in the sewing-room there were instructions that all the cut-offs should be destroyed. These instructions, however, were not accompanied by high pay for the employees, who were obliged to sell what thy could and there must still be numberless bits and pieces of Parenti silk in Florence, doing duty as lining or a patch on heaven knows what, but still giving themselves away by their pale glowing colours and the trace of the inimitable pleats.

Chiara dreaded "good" cothes, and consoled herself with the thought that at least a Parenti dress (which could never be hand up, but must be kept folded and twisted on a shelf) wouldn't be, in the ordinary sense, "good". There were a very few "good" clothes left among her aunt's possessions. They had concealed stiffenings, weighted hems, curious straps and supports, taped waists, which meant that even on the hanger they presented a rigid and forbidden human shape. Aunt Mad, to take her to the appointment, wore an ancient black outfit of that kind, a Viennese suit by Knuepfe. Chiara was in he English school uniform. For the moment her anxiety was swallowed up by the fear that she might, by some outside chance, meet someone else from the convent and suffer the disgrace of being seen in uniform during the holidays.

Parenti received his clients, as he has always done, in a building next to his factory. He had known difficult times, for which he was now given credit. Since the night in 1923 when the Fascist youth had shot out the street-lights in the Oltrarno he had never consented to make anything for the women of the Party officials. (On the other hand, it might well be that the new political order had not appreciated his clothes.)

The house had no name plate or bell, and nothing written up either on the outer or the inner glass door or on the wall inside. One ought to know one's way, or not to venture up these dark stairs. But the establishment had no secrets. The second floor landing led straight through the two sewing rooms and the pressing room. Every face at the ironing tables looked up at them for a moment as they passed, and then bent down again. I hope there's another way out of here, Chiara thought.

They were kept waiting in a little place which was certainly not a fitting room, since there were no looking-glasses. Armfuls of silk, all in different shades of tender grey, were thrown down on a row of chairs. Without moving them, there was nowhere to sit down, and even Aunt Mad couldn't bring herself to disturb them.

'He isn't expecting us, aunt, he's forgotten, let's go home.'

"Contessa! Contessina!'

Parenti had come into the room behind their backs. He looked much older and much smaller than in his photographs and very tired, still able, but surely only just, to sustain the fatigue of being Parenti. And yet it wasn't studied performance, since the old maestro had never had any pretence to make.

'Commendatore, I want to introduce you to my niece, Chiara Ridolfi,' said Aunt Mad. By choosing not to complain about the five minutes wait, she had gained a little advantage. By refusing even to glance at her Knuepfe suit, he had recovered it. Now he swept the piles of grey silk to the ground, where they whispered into a diminished heap.

He said: 'I took the liberty of coming in unexpectedly just now so that I could see the Contessina of the present generation as she really is, I mean when, as a young woman, she is unaware of anyone else.'

'I don't question the way you conduct your business, Parenti,' said Aunt Mad sharply.

He turned full upon her his  melancholy gaze, as of one survivor to another. 'Contessa, I last made for you in 1921. For the evening, in pale biscuit-coloured pongee silk, with a belt in matching silk satin, applied with motifs of the Florentine lily. The belt interrupted the line, and one hoped it would never be worn.'

'Good, and what do you suggest for my niece?'

For the first time Parenti turned to Chiara.

'Please do me the favor to stand up.'

So Chiara stood up, with her arms straight down by her sides, and half-listening to the whine and mutter from the sewing rooms down the corridor. Without being asked to, but feeling that perhaps it was the right thing to do in a fashion house, she began to walk up and down a little, but very gently Parenti asked her to stop. 'Just keep quite still, Contessina, then I will tell you what to do next.' A whole minute, not less than that, passed by to the restless chattering of the Necchis.

Then Parenti, who had been looking at her with deep professional attention, raised his hands a little, let them fall, turned away from her at the angle of almost forty-five degrees, and said quietly, 'I cannot make for her. She could not wear a Parenti.'

czwartek, 1 marca 2018

Przygoda z wierszem: Adam Mickiewicz, Stepy Akermańskie

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dosięgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy! - tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.

Znam ten wiersz od bardzo dawna, ale dopiero lektura krymskiego wiersza Mandelsztama sprawiła, że spojrzałam na sonet Mickiewicza świeżym wzrokiem i dostrzegłam w nim... nieścisłość. Chodzi o drobiazg - o zurawie. Od Mandelsztama wiem, że odlatujące żurawie przelatują nad Krymem w siepniu. Jednak w pierwszej strofie Mickiewiczowskiego sonetu znajdujemy sugestywny opis kwitnącego stepu - rzecz absolutnie niemożliwa w sierpniu, kiedy cała roślinność jest wypalona po gorącym lecie.

Sprawdzam, kiedy Mickiewicz odbył swoją podróż krymską: na Krymie był od 29 sierpnia do 27 października 1825 roku, ale w Akermanie wcześniej - w maju tegoż roku. Czyli kwitnący step się zgadza. Ale skąd żurawie? Może w maju wracają z południa? Nie, robią to o wiele wcześniej, w marcu. Przy okazji dowiedziałam się, że latarnia morska w Akermanie została zbudowana po 1825 roku, czyli Mickiewicz na pewno nie mógł mieć jej na myśli mówiąc o "lampie Akermanu". Moja wiedza przyrodnicza i geograficzna wzbogacała się, jednak nie przybliżało mnie to do rozwiązania zagadki żurawi. Można by zadać pytanie - dlaczego to jest dla mnie takie istotne? Na które odpowiem: to drobiazg, który kłóci się z moim rozumieniem dobrej poezji.

W końcu (na dobrą sprawę, od tego trzeba było zacząć, ale wówczas nie byłoby suspensu) sięgnęłam po BN-owskie krytyczne wydanie poezji Mickiewicza. Okazało się, że zachowały się bruliony, na podstawie których można dość dokładnie odtworzyć przebieg pracy poety nad wierszem. I - bingo - w najwcześniejszej - a więc najbliższej aktualnemu doświadczeniu wersji żurawi nie ma, są natomiast gęsiory ("słychać lot powolny / dzikich gęsiorów drżących przebudzić sokoła"). Żurawie pojawiają się później - pewnie jako rym do "na trawie".

Czyli pierwotna obserwacja, która uruchomiła impuls twórczy, jest ścisła, ale potem poeta od niej odchodzi, bo zgodność z rzeczywistością nie jest jego wewnętrznym priorytetem. Co więcej, cała praca nad tekstem zmierza w kierunku odrealnienia obrazu: "zatoki zboża i wyspy burzanu" ustępują miejsca bajecznym "koralowym ostrowom", a "słychać co swey kochance szepcze konik polny" (opis dźwięku) zostaje zastąpione przez "słychać kędy się motyl kołysa na trawie" (coś, czego właściwie nie da się usłyszeć). To odrealnienie sprawia, że konkretny obraz stepu niepostrzeżenie przemienia się w symboliczny obraz utraconego Edenu, do którego wpełzł wąż - i tym utraconym Edenem jest Litwa (co powróci i zostanie rozwinięte w "Panu Tadeuszu").  Najpierw przestajemy widzieć step, potem przestajemy go słyszeć, a na koniec poeta po prostu zgniata go i odrzuca jak kartkę papieru: "Jedźmy, nikt nie woła".

Nie mogę rozstrzygnąć, czy takie rozmywanie rzeczywistości jest siłą czy słabością Mickiewicza, czy jest sednem jego talentu, czy jego skazą. Na pewno jest jego nieodłączną częścią.

wtorek, 26 grudnia 2017

E. M. Delafield - Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 9


1 stycznia 1930.—Wydajemy własne przyjęcie dla dzieci. Bardzo, bardzo męczące przedsięwzięcie dodatkowo skomplikowane burzową pogodą, przez co połowa gości nie dotarła, na domiar złego byłam nękana obawą co do przybycia magika.

Postanawiam podać dzieciom herbatę w jadalni, a dorosłym w gabinecie i zwolnić bawialnię dla zabaw i pokazu magika. Pomniejsze meble z bawialni trafiły do mojej sypialni, gdzie bez przerwy na nie wpadam. Donice z cebulkami przeszkadzały wszystkim, więc zostały usunięte na gzymsy okienne, co Mademoiselle skomentowała: "Tiens! ça fait un drôle d'effet, ces malheureux petits brins de verdure!" Ten opis wcale mi się nie podoba.

Dzieci z najbliższej plebanii zjawiły się za wcześnie, więc zostały zaprowadzone do świecącej pustkami bawialni. Wejście Vicky w nowej odświętnej zielonej sukience z czterema balonami uratowało sytuację.

(Pod rozwagę: Jaki jest powód tego, że rodziny duchownych zawsze są niepunktualne, zjawiając się albo jako pierwsze, albo jako ostatnie na każde zgromadzenie, na które są proszone?)

Uderza mnie rozmaitość zachowań prezentowanych przez matki, niektóre są tak pomocne w organizacji zabaw i zgłaszaniu pomysłów, inne po prostu siedzą bezczynnie. (N.B. Gwoli dokładności muszę raczej powiedzieć „stoją bezczynnie”, bo krzeseł szybko zabrakło). Zawsze, gdy to możliwe, staram się wysyłać Robina i Vicky na przyjęcia samych, ponieważ dzieci bez rodziców są o wiele bardziej pożądane z punktu widzenia gospodarzy. Mam pewne trudności w powadzeniu zabawy „Jawor, jawor, jaworowi ludzie”, ponieważ usiłuję równocześnie udawać inteligentne zainteresowanie uwagami jednej z wizytujących matek na temat wystawy malarstwa włoskiego w Burlington House. Przyłapuję się na tym, że wyrażam nader pochlebne zdanie o obrazach, których tak naprawdę wcale nie widziałam. Zdaję sobie sprawę, że należy to jak najszybciej sprostować, jednak tego nie robię i nieuchronnie popadam w zupełnie niezamierzoną sieć kłamstw. Powinnam rozważyć, jak dalece jestem moralnie odpowiedzialna za taki stan rzeczy, ale nie mam czasu.

Herbata wypadła dobrze. Mademoiselle urzędowała w jadalni, ja w gabinecie. Robert i samotny starszy ojciec (bardziej podobny do dziadka) stali w drzwiach i rozmawiali o polowaniu i o ostatniej elekcji generalnej w przerwach między podawaniem herbaty.

Magik przybył późno, ale miał duże powodzenie u dzieci. Na koniec są prezenty wyjmowane z kosza z trocinami, z którego więcej trocin wysypało się na dywan, dziecięce ubrania i rozleciało się po całym domu, niż pierwotnie do niego nasypano. To dziwne, ale zauważyłam podobny fenomen wcześniej.

Goście rozchodzą się między siódmą a wpół do ósmej i Robin wypuszcza Helen Wills i psa, które były zamknięte ze względu na petardy, z czego nie były zadowolone.

Robert i ja spędziliśmy wieczór pomagając służącym przywrócić porządek i próbując przypomnieć sobie, do jakich bezpiecznych miejsc odstawiliśmy popielniczki, zegary, ozdoby i atrament.

3 stycznia.—Polowanie z psami w wiosce. Robert zgadza się zabrać Vicky na kucyku. idę z Robinem i Mademoiselle do urzędu pocztowego zobaczyć, jak wyrusza polowanie; Robin przez cały czas papla o Oliverze Twiscie, nie wspominając słowem o polowaniu od początku do końca, i patrzy na konie, psy i myśliwych z jednakową obojętnością. Jestem pod wrażeniem jego odporności na wpływy zewnętrzne, ale czuję, że za tym może kryć się głębokie Freudowskie znaczenie. Czuję także, że Robert miałby o tym zupełnie odmienne zdanie.

Pokaźna liczba spotkanych polujących sąsiadów mówi do Robina: „Nie jesteś konno?”, co brzmi naprawdę bezsensownie, i pyta mnie, czy ostatnio straciliśmy dużo drzew nie czekając na odpowiedź, ponieważ tak naprawdę chcą mówić o tym, ile drzew stracili oni sami.

Mademoiselle patrzy na psy myśliwskie i mówi: "Ah, ces bons chiens!"; podziwia także konie: "quelles bêtes superbes"—ale rozsądnie trzyma się z dala od pierwszych i drugich, w czym idę za jej przykładem.

Vicky wygląda ślicznie na kucyku więc jako matka otrzymuję komplementy, które przyjmuję lekko z odcieniem niedowierzania, żeby pokazać, że jestem nowoczesna i nie robię zbytniego zamieszania wokół dzieci.

Polowanie wyrusza, Mademoiselle zauważa: "Voilà bien le sport anglais!", Robin mówi: "Czy możemy już iść do domu?" i je czekoladę. Wracamy do domu; piszę zamówienie do domów towarowych, kartkę do masarza, dwa listy w sprawach Instytutu kobiecego, jeden list w sprawie harcerek, notkę do dentysty z prośbą o umówienie na wizytę w przyszłym tygodniu oraz robię notatkę w terminarzu, że muszę złożyć wizytę pani Somers w Grange.

Jestem przerażona i nie mogę uwierzyć, że to wszystko zajęło mi cały poranek.

Robert i Vicky wracają późno, Vicky jest oblepiona błotem od stóp do głów, ale poza tym w zupełnym porządku. Mademoiselle zabiera ją i więcej nie mówi o le sport anglais.


4 stycznia.—Piękny dzień, powietrze bardzo łagodne, co podpowiada mi, że można śmiało liczyć na to, że pani Somers będzie na spacerze, więc udaję się z wizytą do Grange. Przeciwnie, jest w domu. Znajduję ją w bawialni, jest ubrana we wzorzystą aksamitną sukienkę, która, jak natychmiast pomyślałam, wyglądałaby ślicznie na mnie. Nic nie wskazuje na Pszczoły w pobliżu, ale szykuję się do inteligentnego zapytania o nie, gdy pani Somers niespodziewanie mówi, że jej Matka jest tu i zna moją przyjaciółkę z lat szkolnych Cissie Crabbe, która mówi, że jestem taka zabawna. Matka wchodzi —ma bardzo elegancką marsylską ondulację—(nie mogę wyobrazić sobie, gdzie mogła się ufryzować, chyba że dopiero co wróciła z Londynu)—i ogólne rozeznanie, jak należy ubierać się na wsi. Została mi przedstawiona —jej nazwisko brzmi zupełnie jak Eggchalk, ale nie sądzę, że jest to możliwe —i mówi, że zna moją przyjaciółkę z lat szkolnych pannę Crabbe, w Norwich, i dużo słyszała o tym, jak bardzo, jestem zabawna. Jestem kompletnie sparaliżowana i nie znajduję nic innego do powiedzenia poza uwagą, że pogoda ostatnio była dość gwałtowna. Wychodzę jak najszybciej.

sobota, 9 grudnia 2017

Spełniło się moje marzenie (wspólne zapewne wielu czytelnikom Josifa Bodskiego) i - dzięki projektowi Eshkolot pt. Shakespeare in the Ghetto - znalazłam się w grudniu w Wenecji.

Zamieszczę tu tylko dwa zdjęcia.

Pierwsze z Nabrzeża Zatterego (dawniej Nieuleczalnie chorych; pod nazwą "Nabzeże Nieuleczalnie chorych" był wydany po rosyjsku słynny wenecki esej Brodskiego "Znak wodny"), gdzie przyszłam z wycieczką śladami Brodskiego i trafiliśmy na chwilę zachodu słońca. Takie oko puszczone przez geniusza miejsca.

A drugie to weneckie kolory: ochra, cegła, zieleń, biel, szarość.



środa, 15 listopada 2017

E. M. Delafield, Z pamiętnika prowincjonalnej pani - 8

Jest połowa listopada,w galeriach handlowych już pojawiły się choinki, a ja wracam do świątecznych klimatów "Z pamiętnika prowincjonalnej pani" Delafield.

Poprzednie odcinki.



19 grudnia.—Zakupy przedświąteczne b. wyczerpujące. W magazynach Army and Navy zmroziło mnie, że zgubiłam Listę Prezentów Świątecznych, ale ostatecznie wpadłam na jej ślad w Dziale Książki Dziecęcej. Skoro już tam byłam, wybrałam książkę dla kochanego Robina i po raz kolejny pożałowałam, że Vicky tak zdecydowanie zażyczyła sobie zabawkową cieplanię i nic innego. Jest ewidentnie nie do dostania. (Ku pamięci: Wykorzystać najbliższą okazję i sprawdzić opowieść o jaju Roka, żeby opowiedzieć Vicky).

Rose mówi: "Sprawdź w Selfridge's." Po protestach udaję się tam, znajduję cudowną – choć drogą – zabawkową cieplarnię i niepatryotycznie kupuję ją bez wahania. Postanawiam nie wspominać o tym Robertowi.

Wybieram stosowne podarunki dla Rose, Mademoiselle, Williama i Angeli (spędzają z nami Święta, toteż prezenty nie mogą pozostać w pułapie cenowym kalendarza) oaz drobiazgi dla reszty. Nie umiem dokonać wyboru między mikroskopijnym notesem i naprawdę piękną kartką dla Cissie Crabbe, ostatecznie decyduję się na notes, ponieważ mieści się do zwykłej koperty.

20 grudnia.—Rose zabrała mnie na sztukę St. John Ervine'a i jestem b. rozbawiona. Niechcący podsłuchałam rozmowy dwóch pań w parterze, jedna pyta drugiej: dlaczego nie napiszesz sztuki, moja droga? No wiesz, odpowiada jej koleżanka, to nie jest takie łatwe, jak się ma tyle rzeczy na głowie, znaleźć czas. Padłam. (Pod rozwagę: Czy sama mogłabym napisać sztukę? Czy wszyscy moglibyśmy pisać sztuki, gdybyśmy tylko mieli czas? Po gruntownym przemyśleniu dochodzę do wniosku, że mieszkanie w jednym hrabstwie z panem St. J. E. nie jest wystarczającą podstawą, żeby napisać do niego z zapytaniem, jak znajduje czas na pisanie sztuk.)

22 grudnia.—Wracam do domu. Jedna cebulka częściowo kwitnie, ale niezadowalająco.

23 grudnia.—Odbieramy Robina na węźle kolejowym. Zgubił bilet, paczkę kanapek i chusteczkę do nosa, natomiast ma przy sobie wielki drewniany kufer z półeczką na zawiasach w środku. Rozumiem, że to stanowi owoc Warsztatów Stolarskich – drogich zajęć dodatkowych w szkole – i jest prezentem gwiazdkowym. Tylko czekać, aż pojawi się toto na rachunku za naukę.

Robin absolutnie nie może się obejść bez nagrania gramofonowego pod tytułem "Is Izzy Azzy Wozz?" (N.B. Często nawiedza mnie niepokojąca myśl, że kochane dzieci są pozbawione jakiegokolwiek wyczucia estetycznego, czy to w sztuce, literaturze czy muzyce. To przekonanie umacnia się po wysłuchaniu czternaście razy z rzędu utworu "Is Izzy Azzy Wozz?", po tym, jak udało mi się zdobyć nagranie.)

Jestem b. poruszona entuzjastycznym przywitaniem się Robina i Vicky. Mademoiselle mówi, "Ah, c'est gentil!" i wyciąga chusteczkę, co uważam za przesadę, szczególnie że po półgodzinie zjawia się u mnie ze skargą, że R. i V. weszli na belki i strząsają tynk z sufitu pokoju dziecięcego. Perswaduję im z dołu. Śpiewają "Is Izzy Azzy Wozz?". Martwię się, gdyż na nowo utwierdzam się w przekonaniu, że żadne z nich nie ma słuchu muzycznego i mieć nie będzie.

Przybycie Williama and Angeli, wpół do trzeciej. Byłoby dobrze przyspieszyć herbatę, ale czuję, że to zdenerwuje służbę, więc zamiast tego oferuję, że zaprowadzę ich do pokojów, które już bardzo dobrze znają. Wymieniamy wiadomości o rodzinie. Zjawiają się Robin i Vicky wciąż śpiewając "Is Izzy Azzy Wozz?" Angela zauważa, że dzieci urosły. Z wyrazu jej twarzy wnioskuję, że uważa je za okropne i bardzo źle wychowane. Opowiada mi o dzieciach z domu, w którym ostatnio gościła. Wydają się wzorami schludności, inteligencji i wdzięku. Poza tym A. dodaje, całkiem niepotrzebnie, że są bardzo muzykalne i ładnie grają na pianinie.

(Ku pam.: Posiłek to najbardziej zadowalający sposób zabawiania gości. Najchętniej skróciłabym przerwę między herbatą a kolacją – lub wprowadziłabym dodatkowy podwieczorek w międzyczasie.)

Przy kolacji znów rozmawiamy o rodzinie i pytamy się nawzajem, czy coś w końcu słychać o biednym Frederiku i jak się układa w małżeństwie Molly i czy Babcia znów rozważa wyjazd na wschodnie wybrzeże w lecie. Jestem poirytowana, bowiem Robert i William przesiadują w jadalni prawie do dziesiątej, przez co służba jest spóźniona.

24 grudnia.—Zabieram całą rodzinę na dziecięce przyjęcie wigilijne w pobliskiej parafii. Robin mówi „do diaska” trzy razy w obecności proboszcza – wyrażenie, nigdy nie używane przez niego wcześniej ani później, najwyraźniej specjalnie zarezerwowane na tę niezręczną okazję. Pod innymi względami przyjęcie jest nadzwyczaj udane, poza tym, że znów spotykam nową mieszkankę Grange, której wciąż nie złożyłam wizyty. To niejaka pani Somers, podobno trzyma pszczoły. Siedzimy obok siebie przy herbacie; nie potrafię powiedzieć nic o pszczołach poza pytaniem, czy je lubi, co brzmi jak kiepska zagadka, więc pozostaje niewypowiedziane, i zamiast tego mówię o prywatnych szkołach podstawowych (zauważam ciekawą prawidłowość, że żadne z dwóch rozmawiających o szkołach rodziców najwyraźniej nigdy nie słyszało o szkole tego drugiego.  Pod rozw.: Czy wskazuje to na zbyt dużą liczbę takowych przybytków w okolicy?)

Po kolacji szykuję prezenty gwiazdkowe dla dzieci. William niefortunnie nadeptuję na szklany drobiazg z lalkowego wyposażenia domu dla Vicky, ale szarmancko oferuje rekompensatę w postaci szylinga, czego stanowczo odmawiam. Dyskusja na ten temat przedłuża się. O dwudziestej trzeciej dzieci są wciąż na nogach. Angela proponuje partię bridge’a i pyta, kim jest ta pani Somers, poznana w parafii, która podobno zna się na pszczołach? (A. najwyraźniej lepiej ode mnie orientuje się w urokach towarzyskich, jednak nie wypowiadam tej uwagi na głos.)

Boże Narodzenie.—Świąteczne, acz wyczerpujące Boże Narodzenie. Robin i Vicky zadowoleni ze wszystkiego i spędzają większość dnia jedząc. Vicky prezentuje cioci Angeli kwadratowy rąbek płótna z niebieskim osiołkiem wyszytym haftem krzyżykowym. Nie wiem, czy przepraszać za ten podarunek, ostatecznie postanawiam pominąć to milczeniem i napomknąć Mademoiselle, że inny wzór byłby bardziej pożądany.

Dzieci są chyba za bardzo en évidence, ponieważ Angela, w okolicach herbaty, zaczyna opowiadać, że mali Maitlandowie mają tak cudny pokój dziecięcy, że zawsze spędzają w nim cały dzień, chyba że wychodzą na długie spacery z guwernantką i psami.

William pyta czy ta pani Somers jest jedną z tych z Dorsetshire — ta, co zna się na pszczołach.

Notuję sobie, że naprawdę muszę udać się z wizytą do pani S. już w przyszłym tygodniu. Przed wizytą koniecznie poczytać o pszczołach.

Indyk i legumina ze śliwkami na zimno wieczorem, żeby służba odpoczęła. Angela patrzy na cebulki i mówi: Co też kazało mi myśleć, że rozkwitną na Święta? Nie odpowiadam na to i proponuję, żebyśmy wszyscy poszli spać wcześniej.

27 grudnia.—Wyjazd Williama i Angeli. Lekki szok, wywołany około jedenastej przez Angelę, która pyta, czy wiem, że to ona wygrała nagrodę główną w ubiegłotygodniowym konkursie Time and Tide, występując pod pseudonimem Inteligencja. Oczywiście, nie miałam o tym pojęcia, ale gratuluję jej nie wspominając, że sama również brałam udział w tym konkursie – bez powodzenia.

(Pod rozw.: Czy Organizatorzy Konkursu są zawsze w porządku, jeżeli chodzi o ocenę walorów literackich? Możliwe, że ich zdolność osądu jest zaburzona na skutek przepracowania.)

Kolejne przyjęcie dla dzieci tego popołudnia, zbyt wielkie i skomplikowane. Matki w czarnych kapeluszach stoją i rozmawiają ze sobą o ogrodach, książkach i trudnościach w zatrzymaniu służby na wsi. Herbata jest niewzruszenie przekazywana po sali, póki dzieci są zgromadzone w innym pokoju. Vicky i Robin zachowują się grzecznie, więc chwalę ich w drodze do domu, jednak później dowiaduję się, że Mademoiselle znalazła w kieszeni odświętnej sukienki Vicky całą kolekcję czekoladowych ciastek.


(Ku pam.: Czy nie należałoby uświadomić Vicky, że takie zachowanie świadczy o braku inteligencji oraz manier, higieny i zwyczajnej uczciwości?)

piątek, 10 listopada 2017

Muzyka sfer

The absolute is subject to constant change,
the relative is permanent.

Erich Leinsdorf, The composer's advocate

Byłam ostatnio na paru koncetach muzyki klasycznej - smyczki z klawesynem, J.S. Bach z synami, Bixtehude. Wykonanie autentyczne (obecnie to standard jeżeli chodzi o muzykę dawną i barok): instrumenty z epoki, struny żylne, smyczki z końskim włosiem, wysokie tony miauczą, niskie dudnią, klawesyn ledwo słychać, po każdym utworze potrzebne jest strojenie instrumentów, które dopiero pod koniec koncertu rozgrzewają się (chyba nie tylko w przenośni) i stają się słyszalne.

Do wykonań autentycznych mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony, świadomość stylu i konwencji epoki i możliwości ówczesnych instrumentów stanowi niezbędną ramę i obiektywizuje interpretację utworu, co pozwala uniknąć Scylli niczym nie poskromionego widzimisię wykonawców. Z dugiej strony, nic nie chroni muzyków od Charybdy niewolniczego trzymania się tradycji, podpoządkowania interpretacji rzeczom przypadkowym i relatywnym. Bach (Jan Sebastian) wiele traci w wykonaniu autentycznym, bo jego skomplikowane struktury są zdecydowanie poza zasięgiem instrumentów z epoki. Natomiast muzyka synów Bacha w autentycznym wykonaniu wiele zyskuje. Czy świadzy to o tym, że wielki kompozytor komponuje "muzykę sfer", a przeciętny muzykę taką jaką słyszy wokół siebie? Muzyka J.S. Bacha zdecydowanie wykracza poza konwencje i oganiczenia współzesnych mu orkiestr i solistów i sztuczne wciskanie jej w ciasny gorset "autentyczności" mija się z celem, z kolei muzyka jego synów, osadzona w tradycjach epoki, nabiera oryginalności i urody.

Ale jest jedna dziedzina, w której gorąco popieram każde wykonanie autentyczne: muzyka klawesynowa. Jestem gotowa słuchać niezliczonych wersji tych samych utworów na klawesynach, wirginałach, spinetach a nawet pianofortach - poprzednikach fortepianów. Bach na klawesynie solo to zawsze radość i ekscytujące przeżycie. Bardzo lubię intepretacje Colina Bootha, który nie tylko gra, ale przede wszystkim buduje i restauruje klawesyny, a o Bachowskich wariacjach goldbergowskich napisał książkę:



W tym filmie dodatkowo ujął mnie zapis graficzny nut dla nutoniepiśmiennych - absolutnie nowe i piękne doświadczenie geometrycznej harmonii muzyki. Zauważyłam też, że melodia robi się najbardziej przejmująca, kiedy linia basowa maksymalnie rozchodzi się pod względem wysokości z linią melodyjną.

Na tym samym kanale są też utwory innych kompozytorów przedstawione w podobny sposób, m. in. mój ulubiony kwartet fortepianowy K478 Mozarta: to jest świetne do "obejrzenia", ale jeżeli chodzi o słuchanie, to zdecydowanie wolę Brittena przy fortepianie:

sobota, 14 października 2017

Kilka słów o dumie i honorze

Przyczynek do tego, że tak cenione obecnie duma ("Polacy to dumny naród"), honor i bohaterstwo (a de facto militaryzm) plus patriotyzm w najbardziej tandetnym wydaniu - nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, a hasło "Bóg, honor, ojczyzna" jest sprzeczne w sobie. Islandczycy zdawali sobie z tego sprawę już w XIII wieku i nigdy nie przestali czytać o tym w sagach (zresztą czytelnictwo w Islandii sięga ponad 90%).

Perhaps, in the last resort of definition, we might call Njal's Saga a homily.Throughout the saga there is a bitter conflict between the forces of good and evil; physical violence is the symptom of this constant friction.In the saga, evil is consistently generated by self-aggrandisement, by the attempt to gain power or wealth [...] 
In this homily, the only answer to the violence aroused by evil is active will towards good. Christianity comes to Iceland half-way through the action; and it is the Christian virtues of self-sacrifice and humility that eventually stem the tide of evil, not the pagan virtues of heroism and pride. Njal, with his weird pagan prescience and his complex intelligence, is powerless against the doom he foresees for his friend Gunnar and himself, and only broadens the scope of catastrophe by his efforts to avert it; it is only when he resigns himself to the new God, when he abandons his devious scheming and sacrifices himself and his violent sons in the fire at Bergthorsknoll, that the possibility of resolution emerges. [...] 
Ultimately, there is an indictment of violence, and of the way of life that fostered it. Behind the rather wistful vision of past heroism lies recognition of the endless strife it provoked. It was pride that helped to spread the poison of violence, the affronted pride even of good men like Gunnar; such fierce preoccupation with honour was bound to lead to bloodshed. Throughout the saga "good" men and "worthy" men try hard to settle disputes peacefully, to find solutions that satisfy the "honour" of all concerned; but too often these efforts are frustrated by someone's pride.We can see this operating at its baldest in Chapter 91: Njal knows that his sons' quarrel with Thrain will have disastrous effects, but he realizes, too, that they have mortgaged their pride by making the quarrel public, and that therefore he must help them get public satisfaction. His contribution is merely to prearrange fresh provocation for the inevitable killing. It is a pattern of behaviour all too familiar, even today. 
Magnus Magnusson, Introduction to Nial's Saga, 1959

Być może, skoro inne definicje zawodzą, najlepiej nazwać Sagę o Njalu homilią. Saga jest osnuta wokół zaciętego konfliktu między siłami dobra i zła; a przemoc fizyczna jest objawem ich nieustannych starć. Tym, co niezmiennie generuje zło w sadze jest czyjeś wywyższanie się, próby zdobycia władzy lub bogactwa. [...] 
Jedyną odpowiedzią na przemoc wywołaną przez zło w tej homilii jest czynna wola ku dobru. Chrześcijaństwo przychodzi do Islandii w połowie opowiadanej historii, ale to chrześcijańskie cnoty poświęcenia i pokory a nie pagańskie cnoty bohaterstwa i dumy ostatecznie tamują falę zła. Njal z jego nadprzyrodzonym darem przepowiedni i złożoną inteligencją jest bezsilny wobec losu, który - widzi to jasno - ma spaść na niego i jego przyjaciela Gunnara, a gdy próbuje ten los odwrócić, jedynie zwiększa skalę katastrofy. Dopiero gdy Njal poddaje się nowemu Bogu, porzuca knowania i składa ofiarę z siebie i swych gwałtownych synów w pożarze w Bergthorsknoll, pojawia się możliwość rozwiązania konfliktu. [...] 
Zasadniczo, jest to oskarżenie przemocy i sposobu życia, który ją napędza. Tęsknotą za bohaterstwem z dawnych czasów nie przesłania świadomości, że jest ono zarzewiem nie kończących się zwad. Duma przyczynia się do rozprowadzenia jadu przemocy, urażona duma nawet dobrego człowieka jak Gunnar, przewrażliwienie na punkcie honoru niechybnie prowadzą do rozlewu krwi. Przez całą sagę "dobrzy" i "wartościowi" ludzie próbują rozstrzygać spory pokojowo, znajdować rozwiązania czyniące zadość "honorowi" wszystkich zainteresowanych, ale te próby co i rusz spełzają na niczym, kiedy w grę wchodzi czyjaś duma. Widzimy to w całej okazałości w rozdziale 91: Njal wie, że kłótnia jego synów z Thrainem doprowadzi do nieszczęścia, ale zarazem zdaje sobie sprawę, że upubliczniając konflikt rzucili oni na szalę swoją dumę, więc musi pomóc im w uzyskaniu publicznej satysfakcji. Ogranicza się do tego, że dostarcza świeżej prowokacji do nieuniknionego zabijania. Ten sposób zachowania jest zbyt dobrze znany, nawet w obecnych czasach. 
Magnus Magnusson, Wprowadzenie do Sagi o Njalu, 1959